piątek, 13 lipca 2018

Kartki z pamiętnika...

1.
***
Ciągle pada. Od paru dni pogoda jest taka, że naprawdę szkoda gadać. Wiem, deszcz z pewnością przyda się roślinom, które ledwie żyją po tegorocznej suszy. Ale mnie krople spadające z zasnutego chmurami nieba zdecydowanie nie nastrajają optymistycznie. Najlepiej chyba byłoby zatopić się w świecie książek. Zakupiłam ostatnio wiele nowych pozycji, może potem jakąś zrecenzuję.

Pogoda skłania też do smutnych rozmyślań. Jeszcze jakiś czas temu byłam osobą aktywnie interesującą się hodowlą ptaków ozdobnych. Czy mi przeszło? Nie, nadal mam przecież swoje ptasie stadko, które uwielbiam tak samo jak wcześniej. Pewne wydarzenia jednak powodują wielki ból w mym sercu...

Podejścia do papug, kanarków i zeberek nauczyłam się podczas lektury i korzystania z pewnych dwóch forów. Ich użytkownicy, notabene wspaniali ludzie, stanowili grupkę dość wyjątkową i bardzo wyróżniającą się w polskim internecie ze względu na swoje poglądy dotyczące opieki nad tymi zwierzętami, niepopularne wśród innych hodowców. Użytkownicy ci bowiem wychodzili z założenia, że ptaki trzymane w domu powinny mieć warunki jak najbardziej zgodne ze swoją naturą. Mogę szczerze powiedzieć, że dzięki owym forom nauczyłam się ogromnie wiele, a przede wszystkim - tego, jak opiekować się ptakami, by były szczęśliwe. Po prostu.

Teraz te fora przestały istnieć. Jedno usunięte, do drugiego już brak dostępu. I to boli, tak bardzo boli, bo ja wiem, jak ogromna ilość wiedzy przepadła wraz z nimi. Nie tylko informacje na temat prawidłowej hodowli papug czy zeberek, ale także zaskakujące opisy ptasich zachowań, którymi dzieliło się tam wielu użytkowników. Podobne forum już nie powstanie, nie mam złudzeń. I tylko zastanawiam się, co odpowiem, jeśli jakaś osoba napisze do mnie i zapyta o czym powinna wiedzieć przed rozpoczęciem swojej własnej hodowli ptaków? Wcześniej zawsze odsyłałam takich ludzi do forów, wierząc, że tam znajdą rzetelne informacje... Zastanawiam się, czy kiedykolwiek uda mi się ponownie spotkać przez internet kogoś z tamtych użytkowników, których tak bardzo lubiłam i podziwiałam? Zastanawiam się, czy kiedyś zasmakuję ponownie, jak to jest przebywać w internetowej społeczności miłośników ptaków ozdobnych?

Jest więc źle, a nawet bardzo źle. Mimo wszystko zostało jeszcze w internecie parę sprawdzonych stron internetowych, z których można czerpać informacje na temat ptaków. Co ciekawe, nie znam żadnej strony o kanarkach, której w pełni bym ufała. Z drugiej strony, teraz nawet nie szukam...

Chciałabym zacząć znów, jak dawniej, pisać na tym blogu o moich ptakach. Tylko się boję, że jeśli stworzę o nich jakiś tekst, to będzie wyglądał na próbę antropomorfizacji tych stworzeń i brzmiał infantylnie. Bo ja używam podczas próby opisu moich zwierząt takich wyrazów jak wolność, radość, przyjaźń, miłość, a nawet zdrada. Nie żebym wierzyła, iż ptaki są zdolne do robienia/odczuwania takich rzeczy w ludzkim rozumieniu. Po prostu w języku polskim brakuje słów, którymi dokładniej mogłabym oddać to, co widzę, gdy je obserwuję...

Zdjęcia z powyższym tematem niepowiązane:

Ostatnio spotkałam rodzinę pustułek (Falco tinnunculus). Co najmniej cztery ptaki.

Karmienie. Brzydko, daleko i pod światło, ale chciałam pokazać.

Sierpówka (Streptopelia decaocto).

Śmieszka (Chroicocephalus ridibundus).

Mazurek (Passer montanus) rozpracowuje chrząszcza.

Kokoszka (Gallinula chloropus) z potomkiem.

Młoda bogatka (Parus major).
2. 
***
Poprzedni wpis był utrzymany w mocno melancholijnym tonie, a ten - cóż, będzie w depresyjnym. Bez owijania w bawełnę - w poniedziałek straciłam swoją papużkę. Niebieską samiczkę, Rozmarynkę. Nie wiem co jej było, to nie była normalna śmierć. Ptaki zwykle nie giną z rozpostartymi skrzydłami. Z otwartymi oczami. Z podbrzuszem brudnym od krwi.

Załamałam się, i to poważnie. Do tej pory miałam wiele papug, ale dwie z nich szczególnie mocno zapisały się w mojej pamięci. To była właśnie Rozmarynka i Marian - jej najbliższy kolega. Marian nie żyje już od paru miesięcy, teraz ona... Czuję, jakby wraz z ich śmiercią i w moim życiu skończył się pewien etap.

Ich już nie ma... Nadal nie mogę w to uwierzyć.

Poniżej parę starych zdjęć Rozmarynki i Mariana. Kiedyś byli razem, kiedyś byli szczęśliwi...








Biały samczyk, dotychczasowy partner Rozmarynki, został sam. I nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale przeraża mnie wizja kupienia mu kolejnej papugi do towarzystwa. Ja już nie mam fizycznych i psychicznych sił, żeby udźwignąć całą tę hodowlę. Kiedyś było jakoś łatwiej. Miałam kontakt z ludźmi, którzy zawsze doradzali mi, jak dobrze opiekować się ptakami, no i znacznie więcej czasu mogłam poświęcić dla Stada. Teraz to już przeszłość.

Tylko że ta ostatnia z moich papużek nie może zostać sama. I błędne koło nakręca się... Swoją drogą dziwi mnie zachowanie tego samca. W ostatnim czasie, przed śmiercią, Rozmarynka nie miała energii na latanie, wychodzenie z klatki, głównie spała. (Te symptomy nie niepokoiły mnie tak strasznie, bo wtedy podobnie zachowywała się większość moich ptaków). Samczyk, tak jak ona, spał i odpoczywał całe dnie. Jednak chwilę po stracie partnerki, gdy już wyniosłam ją z klatki, zaczął... Śpiewać. A teraz - całe dnie ćwierka, krzyczy. Wydaje się, jakby w ogóle nie przejął się śmiercią
koleżanki, mimo że zwykle papużki podchodzą do tego emocjonalnie. Może się mylę. Może jego ćwierkanie to w rzeczywistości próba przywołania ptasiego towarzystwa, bez którego każda papuga czuje się bardzo źle?

3.
***
Odmierzam czas trochę inaczej niż inni ludzie. Rok nie składa się dla mnie z czterech pór, a „jedynie” z zimy, okresu przelotów wiosennych i okresu przelotów jesiennych - oraz dzielącego je okresu lęgowego. Brzmi śmiesznie? Pewnie tak, ale za to jak bardzo praktyczny byłby kalendarz zrobiony w taki sposób! :)

Trzymając się tegoż kalendarza - teraz jesteśmy w momencie, gdy kończy się okres lęgowy, a zaczyna sezon migracyjny. Tak, tak - niektóre ptaki zdążyły już rozpocząć swoją doroczną, jesienną wędrówkę. Jakie? Głównie siewkowe. Właśnie w celu ich obserwacji odwiedziłam ostatnio stawy w swojej okolicy. Staram się celebrować ten piękny czas ptasich przelotów.

Nad stawami spokojnie, bez szału, ale myślę że z upływem czasu sytuacja się rozkręci. Na razie obecność zgłosiło stado szpaków (Sturnus vulgaris), grzywaczy (Columba palumbus) i jaskółek dwóch gatunków (Hirundo rustica, Delichon urbicum). Po wodzie pływał jakiś perkoz, ale zamiast grzecznie mi się pokazać, a najlepiej samodzielnie podać swą przynależność gatunkową, postanowił zwiać na drugi kraniec stawu. Ciągle nurkując, oczywiście. Na pocieszenie udało mi się zobaczyć piękną kaczkę - świstuna (Anas penelope) oraz rodzinne stado gęgaw (Anser anser). A w trzcinach do taktu przygrywały śpiewy rokitniczek (Acrocephalus schoenobaenus), trzcinniczków (A. scirpaceus), potrzosów (Emberiza schoeniclus) i pliszek żółtych (Motacilla flava). One nadal czują wiosnę...

Takie girlandy ciągnęły się daleko.

Siewki natomiast stawiły się w składzie następującym: łęczaki (Tringa glareola), kszyki (Gallinago gallinago) oraz bataliony (Calidris pugnax) - nadal w szatach godowych. Wszystkie z nich żerują albo na rozkosznym błotku, które pokrywa część zbiorników wodnych, albo w rowie odprowadzającym wodę, albo na samej ścieżce wijącej się między stawami. Oznacza to, że poruszając się między tymi miejscami, nieuchronnym staje się spłoszenie części siewek. Co prawda staram się chodzić tam jak najwolniej i nie wykonywać gwałtownych ruchów - dzięki temu podchodzę do ptaków bliżej - ale i tak uciekają one po jakimś czasie. Zawsze, gdy to się stanie, gdy siewki zerwą się z krzykiem, mam ogromne wyrzuty sumienia. To w sumie trochę dziwne - chodzę po tych stawach, zakłócam spokój szpakom i gołębiom, najmocniej jednak żałuję przestraszonych łęczaków. Może to dlatego, że siewki traktowałam zawsze jako ptaki bardzo bezbronne. Może dlatego, że ich nawoływanie kojarzy mi się z bezsilnym łkaniem dziecka?

Łęczak (Tringa glareola).

Tak się żyje nad rozlewiskiem.

Oczywiście mogłabym tych stawów nie odwiedzać w ogóle. Zostawić w spokoju wszystkie przebywające tam ptaki. Ale czy to faktycznie miałoby sens? Czy nie zaczynam przesadzać? W końcu każde wyjście w teren wiąże się ze spłoszeniem pewnej ilości ptaków, które akurat znajdą się na trasie. A mimo to chodzimy systematycznie. My - najbardziej kochający te stworzenia...

Pozdrawiam!

Klimaty mamy letnie...






A jakiś czas temu widziałam jeża.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Morze Wielkie

Post na bloga, który planowałam dziś wstawić, jest jeszcze nieukończony i chyba jakiś czas nie będzie, bo weny mi brakuje. Nie chcąc, by blog przez to zamarł, postanowiłam pokazać Wam inny tekst, napisany przeze mnie dawno (prawie rok temu) na temat mojego pobytu nad polskim morzem. I zresztą powinien on znaleźć się tutaj prawie rok temu, ale pewne sprawy potoczyły się inaczej i zrobiłam sobie wtedy dłuugą przerwę od blogowania...

Postanowiłam prawie nic w tym tekście nie zmieniać, choć teraz widzę tam pewne niedociągnięcia. Jest on bardzo długi, dlatego myślę, że na jego przeczytanie warto wygospodarować sobie dłuższą chwilę.

Zapraszam...



Jest na Ziemi takie miejsce, w którym bardziej niż gdziekolwiek można dostrzec wielkość Natury. Gdzie oszałamia ona pięknem, zarazem jednak okazując swoją wielką siłę. Dla niektórych staje się wtedy próbą swoich własnych możliwości, wysiłkiem i wyzwaniem, a dla innych – ojczyzną i domem.
Morze. Morze i Ocean Wielki. Tajemnicze, groźne, niezbadane.
Wspaniałe.
Ptaki tych terenów są zahartowane bryzą i uderzeniami fal o skalny brzeg. Swoimi śmigłymi skrzydłami przecinają warstwy powietrza albo lekko się w nich unoszą. Muszą poskromić wicher, żeby przeżyć.
Ci, którzy urodzili się na wysepce w środku oceanu i resztę życia spędzają nad wodą. Alki, nurniki, nurzyki. Wspaniałe, ogromne albatrosy, które mogą mieć najbardziej głębokie życie miłosne spośród wszystkich zwierząt świata. Albo wieczni wędrowcy, po okresie lęgów porzucający ląd zupełnie bądź migrujący nad morzem, zatrzymując się na wybrzeżach. Dumne wydrzyki i niewielkie, śmigłe biegusy. Malutkie płatkonogi, które całą zimę spędzają na otwartym oceanie, drwiąc z burz i fal.
Są ci jeszcze, którzy w trakcie wiosennych i jesiennych przelotów przebywają drogę nad morzem. To wielkie liczby drapieżników, ptaków wróblowych… Tym nie jest łatwo. Mysikróliki na przykład w trakcie swojej migracji muszą za jednym razem przelecieć przez Bałtyk ze Szwecji do Polski. Po takim wysiłku często siadają, skrajnie wyczerpane na plaży, tuż pod nogami spacerujących.
Wybrzeże jest bogate. W trakcie całego roku można tu obserwować niemal wszystko. Żyje nawet zimą, wtedy może bardziej niż w innych porach roku. Tysiące, dziesiątki tysięcy kaczek z nurami i perkozami zimujących na przybrzeżnych wodach.
Same cuda.






Ścieżka najpierw prowadzi przez las, w którym już czuć specyficzny nadmorski zapach. Proste, strzeliste sosny, łączące niebo z ziemią niby najzręczniej wykonane kolumny. Przez korony drzew prześlizguje się światło, tworząc w powietrzu niezwykłe obrazy. Tutaj nawet stada komarów mają w sobie coś poetyckiego.
Już za chwilę jednak las widocznie przechodzi w nadmorski brzeg. Na ścieżce niknie leśne runo, odsłaniając piaskową powierzchnię. Zmieniają się drzewa, rzedną i maleją. Za ostatnim pagórkiem rozciągają się wrota do krainy czarów…
Aksamitny, żółty piasek usypał tutaj delikatne wydmy. Dają one schronienie wielkim ilościom wierzb. Posadzone jakby w parku zręczną ludzką ręką, a przecież dzikie i naturalne. Wielkie łany dzikich róż, które w czasie kwitnienia pachną tak intensywnie, że aż nieprzyzwoicie… Trawy targane wiatrem, miękko poddające się jego podmuchom. Całe to miejsce wygląda jak jeden, wielki, tajemniczy ogród, w którym skupia się nigdzie indziej niespotykane życie. Za każdym zakrętem rozciąga się piękny, otwarty krajobraz, pełen czaru i spokoju…
Wychodzimy na plażę.

Płaska, złota powierzchnia, na której małe muszelki rozsypane są niby diamenty. Fale delikatnie uderzają o brzeg. Niebo, ziemia i woda zetknęły się tutaj, dając widok zupełnie niepowtarzalny i tworząc żywioł niezwykły, miejsce życia dla wielu wspaniałych stworzeń.
Królestwo ptasie.








***
Myślę, że najtrafniej można byłoby nazwać to miastem. Dużym miastem, w którym wielogatunkowa społeczność mieszka razem, solidarnie broniąc się przed drapieżnikami. Patrzę właśnie na słynną piaskową łachę, ową Mewią Łachę wcinająca się w morze, gdzie odpoczywają zgodnie setki ptaków. Ogromne stado razem czuje się dobrze i bezpiecznie, hałaśliwie dając znać o swojej obecności.
Mewia Łacha.

Kormorany (Phalacrocorax carbo). Nurogęsi (Mergus merganser). Gągoły (Bucephala clangula). „Duże” i nieduże mewy. Rybitwy rzeczne (Sterna hirundo). Rybitwy białoczelne (Sternula albifrons). Oraz prawdziwe księżniczki tych terenów, rybitwy czubate (Sterna sandvicensis). Te wielbicielki morza prawie nigdy się od niego nie oddalają. W Polsce tutaj znajduje się ich jedyna kolonia.
Najbardziej rzuca się w oczy jednak piękny, złotordzawy szlamnik (Limosa lapponica). Żwawy i zadowolony, biega po wodzie i piasku, żerując. To zaszczyt patrzeć na tego rekordzistę, który w czasie migracji przebywa nad oceanem jedenaście tysięcy kilometrów, lecąc nieprzerwanie przez osiem dni i nocy! Niewyobrażalna odległość. Niechaj więc spokojnie używa odpoczynku, podobnie jak wszystkie inne ptaki zatrzymujące się tu w czasie migracji.
Kormorany (Phalacrocorax carbo), nurogęsi (Mergus merganser), czapla siwa (Ardea cinerea), mewy.


Jak wyżej + szlamnik (Limosa lapponica).


Mewy, rybitwy czubate (Sterna sandvicensis) i inne.

Łacha znajduje się bardzo daleko od brzegu. W takich warunkach najłatwiej prowadzić obserwacje fotografując, po kawałku, całe stado ptaków. Dopiero później, na zdjęciach, można zobaczyć, czy nie uchwyciło się coś ciekawego.
Robię tak i ja. Po wykonaniu serii fotografii wpatruję się w wyświetlacz aparatu i mozolnie przybliżam każde zdjęcie. Na jednym z nich odnajduję małego kamusznika (Arenaria interpres). Przez lornetkę byłby zupełnie niewidoczny. Później nic, znowu nic… Wreszcie, na którejś z kolei fotografii dostrzegam znajomy kształt.
Jeszcze nie mówię nic, jeszcze zastanawiam się nad oznaczeniem – wiedząc, że pośpiech w takich przypadkach może spowodować pomyłkę. Ale tu nie ma się nad czym zastanawiać. Najwyraźniej udało mi się zupełnie przypadkowo złapać w kadr wyjątkowego gościa Mewiej Łachy i prawdziwą perełkę dzisiejszego dnia – szablodzioba (Recurvirostra avosetta)!

Gdzieś tu jest szablodziób (Recurvirostra avosetta)… Tylko gdzie?

Ano tutaj.



A więc znowu długotrwałe focenie całej łachy. Teraz już wiem, jaki gatunek chcę uchwycić, ale nie mam pojęcia, gdzie dokładnie może się znajdować. Wśród tej masy bieli i czerni skrzydeł mew oraz rybitw, jego zlokalizowanie przez lornetkę jest niemożliwe. A więc robię zdjęcia. Później, częściowo jeszcze podczas pobytu na Mewiej Łasze, częściowo w domu, odnajduję szablodzioba (Recurvirostra avosetta) na kilku ujęciach.
Czas jednak podnieść się z ziemi, odejść trochę od bogatej w ptaki łachy – przejść wybrzeżem do niedaleko znajdującej się wieży obserwacyjnej. W czasie wędrówki obserwuję bacznie miejsce styku lądu z morzem. To tu zawsze żerują siewkowe. Chwilowo jednak nie widać nic.
Plaża nie jest pusta. Spotykamy ludzi. Ptasiarza z aparatem, później ornitologów z KULINGa. Nie zamieniamy ze sobą ani jednego słowa, choć przecież dzięki pasji mamy tyle wspólnego. Teraz jednak liczą się tylko ptaki. Wszystko inne schodzi na drugi, jeśli nie na trzeci i czwarty plan.
Obok mnie zgrabnie przelatuje brodziec. Rozkłada skrzydła i miękko ląduje na piasku. W locie widać u niego wyraźny, biały klin na plecach. Zanim zdążę wyciągnąć aparat, znika z pola widzenia, czym wywołuje zresztą moje zniecierpliwienie. Ubarwienie maskuje go nadzwyczaj dobrze. Po chwili zauważam go już parę metrów dalej. Rozpoznaję krwawodzioba (Tringa totanus) i zaczynam robić dokumentacyjne zdjęcia. 







Z lewej mewa siodłata (Larus marinus).

Z wieży obserwacyjnej widać wyraźnie, że łacha utworzyła na morzu rodzaj zacisznej zatoczki. Przebywają tam perkozy dwuczube (Podiceps cristatus) oraz kaczki. Nie przyglądam się dokładnie – na pewno krzyżówki (Anas platyrchynchos), cyraneczki (Anas crecca) i świstuny (Anas penelope).  Gągoły (Bucephala clangula) były raczej na „pełnym” morzu, choć widać je i tutaj. O tej porze roku kaczki są jednolicie brązowe, przedstawiają bardzo nużący i zdecydowanie nieciekawy obraz. Trzeba poczekać do jesieni, kiedy znowu się przepierzą.
Przyglądanie się ptakom z wieży wycisza. Zamyślam się, przerywając tę medytację tylko na czas przejrzenia brzegu w poszukiwaniu siewek. W pewnym momencie widzę, że coś ląduje i chwytam za lornetkę. Uroda ptaka widziana z bliska momentalnie uderza, bije w oczy i olśniewa. To siewnica (Pluvialis squatarola)!

Prawda że piękna?

Zaraz jednak muszę przerwać podziwianie jej, bo na brzegu zaczyna się ruch. Żeruje biegus rdzawy (Calidris canutus) i krwawodziób (Tringa totanus). W oddali kręcą się sieweczki (Charadrius sp.). Głośno nawołuje łęczak (Tringa glareola). Ciężko, bardzo ciężko jednak mi namierzyć, z której strony. Ale po chwili ptak sam siada na piasku i mogę go zobaczyć, choć z daleka.

Krwawodziób (Tringa totanus).

Schodzę na jakiś czas z wieży i oddalam się w stronę ujścia Wisły. Nade mną nawołują siewki – spore stadko dość dużych ptaków przelatuje mi nad głową! Ale pod słońce nie mogę rozpoznać, co to dokładnie jest. Wracam więc, dochodząc do wniosku, żeby nadal patrzeć na łachę – ile tylko będzie można.
Rybitwy i mewy nie siedzą w jednym miejscu. Co jakiś czas zrywają się ze swojej piaszczystej wysepki. Lecą zapolować albo uciekają przed ludźmi sprawdzającymi KULINGowe pułapki. Tu spora część ptaków nosi obrączki. Tym razem jednak chyba nic się nie złapało. Bywa i tak.
Przelatują nade mną, kierując się w stronę morza. Widzę rybitwę czubatą (Sterna sandvicensis) i jej charakterystyczny, czarno – żółty dziób. Gdy tak za nią patrzę, z przeciwnej strony dostrzegam zbliżające się w moją stronę wielkie ptaki, poskrzekujące w bardzo znamienny sposób. Podnoszę lornetkę do oczu – i przez ułamek sekundy cały kadr wypełnia mi ogromna, dostojna i wspaniała rybitwa wielkodzioba (Hydropogne caspia)! To jest jak dotknięcie wielkości Majestatu, jak ujrzenie na własne oczy czegoś nieopisanego… Rybitwy odlatują. Wołam za nimi… Bo też w takich momentach emocje sięgają zenitu, a oczy wilgotnieją. To wzruszenie.
Czas wracać...





Zięba (Fringilla coelebs).


Śmieszka (Chroicocephalus ridibundus) wieczorna.




Spektakl pastelowych chmur. Niewiele widziałam takich pięknych wieczorów...







***
Słońce przemieszcza się nad widnokręgiem, chowa się w morzu, by potem znowu wstać i kontynuować swoją pozorną wędrówkę. To już nowy dzień, ale jakże inny od poprzedniego! Pogoda zamienia się w chmury i przelotny deszcz, ciepło zamienia się w wiatr. Morze burzy się. Fale silnie, wręcz agresywnie rozbijają się o brzeg, wznosząc w niebo na krótką chwilę chmurę wodnego pyłu.
Mewy pławią się w powietrzu. Rozkładają potężne skrzydła i wpływają lekko na kolejne masy przemieszczającego się wichru. Dumne i wolne, mogą być tam gdzie chcą, nic nie trzyma ich w konkretnym miejscu. W każdej chwili mają możliwość zerwania się do lotu i przybycia na nowy teren. Dla mewy to być może całkiem nowy świat.

Śmieszki (Chroicocephalus ridibundus) i mewa siwa (Larus canus).


Mewa srebrzysta (Larus argentatus).

Po tak owocnej wczorajszej wycieczce nie mam prawa narzekać. Faktem jest jednak, że „apetyt rośnie w miarę jedzenia”, więc chciałabym zobaczyć jeszcze więcej ptaków. Tęsknię za biegusami. W tamtym roku kręciły się na tej plaży, dosłownie pomiędzy ludźmi. Biegusy zmienne (Calidris alpina) i jeden krzywodzioby (Calidris ferruginea). Teraz nie widać ich w ogóle. Ale może trzeba trochę przejść się po wybrzeżu, jak na poprzedniej wycieczce nad morze - dojść do rezerwatu Ptasi Raj. Po drodze może się coś trafić.
Zdążyliśmy jednak zapomnieć już, że ta trasa jest długa i przez to dosyć męcząca. Po długim czasie spędzonym na marszu na bolących nogach, nikt już nie zwraca uwagi na wściekłe fale, które potrafią zmoczyć aż do pasa. Ale trochę dalej od nich idzie się o wiele bardziej niewygodnie. Poza tym, ptaki siewkowe żerują przy granicy wody. A to je w końcu chcemy zobaczyć.
W oddali ląduje stadko pstrych kamuszników (Arenaria interpres). W locie ich kolory są jeszcze bardziej uderzające. Trzy małe ptaszki dziarsko chodzą po plaży, zanim w końcu nie odlatują. Teraz nie ma zbyt wiele pokarmu – morze zmyło wszystkie wyrzucone na brzeg muszelki i glony.
Kamuszniki (Arenaria interpres).

Idziemy więc przez ptasią pustynię, którą urozmaicają jedynie wszędobylskie mewy. Ale w pewnym momencie zatrzymuję się, krzycząc. Przed nami chodzi właśnie młody biegus rdzawy (Calidris canutus). Tak wtapia się w tło, że mogłabym go nie zauważyć!
Ptak jest rezolutny. Człowieka się nie boi – jeszcze się tego nie nauczył… Przygląda się nam bacznie, w każdej chwili gotowy do ucieczki, ale jednak podchodzi ufnie i żeruje praktycznie pod naszymi nogami. Z przeciwnej strony nadchodzi jednak inny człowiek. Biegus czuje się wtedy chyba trochę „wzięty w dwa ognie”, więc usuwa się na bok, zdradzając widoczne napięcie. Zagrożenie, przynajmniej w jego mniemaniu mija wreszcie, więc kontynuuje swoją wędrówkę brzegiem plaży. Posuwamy się jego tempem, podziwiamy te bystre oczy i pióra układające się w idealny, niesamowity deseń… W końcu, kiedy chcę już wyminąć ptaka, on sam rozwija skrzydła i odlatuje w przeciwną stronę. Najwidoczniej zebrał już wszystko.

Ptaki wbrew pozorom łatwiej fotografować z daleka niż z bliska. Miałam problem z ostrością. Oczywiście biegus rdzawy (Calidris canutus).

Jesteśmy wyczerpani coraz bardziej. Lustrujemy przez lornetkę krajobraz znajdujący się przed nami. Kiedy wreszcie ukaże się, jak wybawienie, znak informujący o początku rezerwatu? Nareszcie! Oto Ptasi Raj! Dostrzegamy jednak tablice informujące o zakazie wstępu na plażę. Chroni się w ten sposób lęgowe ptaki wybrzeża. Składając jaja na ziemię, są szczególnie narażone na niebezpieczeństwa w postaci plażujących ludzi, a także puszczonych luźno psów. W tamtym roku nie było tutaj czegoś takiego, więc chyba dobrze.
Tu też przebywają kamuszniki (Arenaria interpres), najwyraźniej te same, co wcześniej. Ptaki podchodzą dość blisko, więc mogę im zrobić lepsze zdjęcia. Na więcej nie mam szans, więc cieszę się z tych ujęć, które w ogóle udało mi się wykonać. Między nimi kręci się też uroczy piaskowiec (Calidris alba). Trochę dalej przebywają sieweczki obrożne (Charadrius hiaticula). To głównie z myślą o nich wejście na plażę jest zabronione. Przez lornetkę widzę zrywającego się brodźca. Między wcześniej wymienionymi ptakami chodzi jeszcze samotnik (Tringa ochropus).

Całe zgromadzenie.


Kamuszniki (Arenaria interpres) i piaskowiec (Calidris alba).


Zdjęcie wyprawy!

Ale ludzie lekceważą ptaki. Na naszych oczach jakaś kobieta bezpardonowo przeskakuje przez gałęzie tworzące płotek oddzielający rezerwat od reszty plaży. Szacunek do ojczystej przyrody to też forma patriotyzmu, a przede wszystkim wyraz empatii w stosunku do innych stworzeń… Najwyraźniej jednak nie każdego to obchodzi. Na szczęście ptaki odleciały wcześniej same, nie musiały się więc płoszyć przez jednego, niemyślącego człowieka. No cóż.
Zatem nic tu po nas, wracamy. Idąc po piasku, zamyślam się. Myślę, o tym, że na tej wycieczce był zupełnie inny skład gatunkowy niż rok temu. I że chyba nie uda mi się już zobaczyć na przykład pięknego ostrygojada (Haematopus ostralegus). Nie można jednak mieć wszystkiego. Dokładnie w tym momencie zauważam jakiegoś ptaka stojącego na piasku. Z racji tego, że przebywa dalej od wybrzeża i dość niedaleko od ludzi, mam wrażenie, że to kolejna mewa. W miarę jak podchodzimy bliżej, uświadamiam sobie jednak, że jest jakoś dziwnie ubarwiona. Gdy chcę zrobić zdjęcie, ptak zrywa się do lotu. Przelatuje obok mnie, widzę każdy jego szczegół, piękne oko i piękne skrzydła. I, co za dziwy – to właśnie ostrygojad (Haematopus ostralegus)!


Dalej są jeszcze sieweczki obrożne (Charadrius hiaticula) i piaskowiec (Calidris alba). A te uczucie, które towarzyszy mi w trakcie patrzenia na nie, tylko ptasiarz może zrozumieć… Wiem jednak, że to już pożegnanie. Pożegnanie z Morzem Wielkim. Tajemniczym, groźnym, niezbadanym.
Wspaniałym.
Sieweczka obrożna (Charadrius hiaticula).


Jak wyżej + piaskowiec (Calidris alba).


Mewa srebrzysta (Larus argentatus).

***
Morze darzy. O każdej porze roku. Obserwacjami niezwykłego świata zwierząt, który tutaj właśnie znalazł swój dom.
Zwykle kojarzymy z rezerwatami przyrody obszary leśne. Zapominając o tym, że nie tylko tam, a może przede wszystkim nie tylko tam, też toczy się fascynujące życie. Bagna, zalewy, stawy i wybrzeże obfitują w o wiele większą ilość ptaków, w niektórych miejscach zbierają się ich tysiące. Setki tysięcy…
Czy jednak jesteśmy w stanie to zauważyć?  Nad morzem nie prowadziłam obserwacji w trudno dostępnych, dzikich miejscach. Wręcz przeciwnie – na wieży widokowej w rezerwacie, na plaży pomiędzy kolejnymi parawanami i wypoczywającymi ludźmi. Tymczasem na ptaki nie zwracał uwagi nikt. A czy faktycznie widok ostrygojada (Haematopus ostralegus) lub biegusa rdzawego (Calidris canutus) jest tak powszechny, że nie powinien wzbudzać emocji?
Żeby morze chronić, trzeba przede wszystkim je poznać. Zachęcam Was zatem, by na kolejnej wakacyjnej wyprawie odejść trochę od uczęszczanej plaży, na której można zobaczyć tylko setki strojów kąpielowych, dmuchanych materaców i budek z lodami. Być może uda się wam odkryć inny, fascynujący świat. A wtedy konieczność jego ochrony wyda się oczywistością. Czego Wam życzę.
Pozdrawiam!

Ciągle zastanawiam się, czym są te dziwnie zwaliste kształty, które uchwyciłam na tym zdjęciu. Albo foki, albo moja wyobraźnia.


Kształty z bliska. Jakość tragikomiczna, ale to była ogromna odległość.