sobota, 25 lutego 2017

Aktywność ptasia

Ptaki są stworzeniami lotu, ruchu i wolności. Za takie je uważamy i takimi je postrzegamy, już chyba od początku naszego istnienia. Ale nie każdy gatunek jest równie aktywny. One mają swoje odmienne predyspozycje i upodobania. Bo czym innym przecież jest dostojny lot orła, czym innym ganiające się po krzakach bogatki, a czym innym znów spokojne grubodzioby i sowy. Tą zmienność najłatwiej obserwować jednak w hodowli, a najlepiej - na wolnych lotach. Tyle można wtedy dowiedzieć się o tych pierzastych istotach!


Moje papużki faliste Melopsittacus undulatus to urodzeni meteoropaci. Nie żartuję - jeśli słońce mocniej zaświeci, czasami daje im taką siłę do odkrywania, że bez strachu latają mi nad głową lub na przykład z radosnym wrzaskiem fruną usiąść na krześle albo biurku, które normalnie omijają szerokim łukiem. Natomiast zła pogoda wywołuje w nich wyraźne znużenie. Niekiedy jednak nie jest to regułą, bo cóż - nie tylko kobiety zmiennymi są.

Papuzie szaleństwa. Zabawa na wolnych lotach także jest ważna.


Pysia - moja ulubiona papuga do sesji fotograficznych. Cudowny samiec, który dziwnym trafem nie ma szczęścia w miłości (wcale jednak nie z tego powodu nosi wybitnie żeńskie imię). Jego konkurent ma chyba bogatsze wnętrze.


Papużki faliste Melopsittacus undulatus to również wynalazcy czegoś jeszcze innego - jak ja to nazywam, "przelotów zbiorowych". Nie lubią latać same. Dlatego często przed przemieszczeniem się w inne miejsce zaczynają ćwierkać, nawoływać się i niespokojnie podrygiwać w miejscu odrywając skrzydełka od ciała.  Dzięki temu mogą szybko razem zebrać się w jedno miejsce i przygotować się do przelotu. Następnie wszystkie razem zrywają się w powietrze. Widać, jak bardzo jednoczy to stado.

Lecimy?



Rozmarynka z Pysią.


Nie zawsze jednak każda z papużek Melopsittacus undulatus ma ochotę na loty. Wtedy potrafią mobilizować siebie w jeszcze inny sposób - a dokładniej robi to samiczka Rozmarynka, o której pewnie jeszcze wiele napiszę. Razu pewnego, za pomocą dzioba zrzuciła wręcz z klatki resztę ptaków, zmuszając je w ten sposób do lotu.


A w klatce? Tam papużki Melopsittacus undulatus są spokojniejsze, bo mała przestrzeń nie daje im pola do popisu. Samczyki z mojego stadka często i chętnie fruwają tam między żerdkami, ale zwykle bez jakiegoś wyjątkowego zapału. Inaczej znów robi Rozmarynka. Ta natomiast niekiedy przesiaduje długo bez ruchu w jednym miejscu, a później wyładowuje energię, z wielkim wrzaskiem fruwając w kółko. Dyszy potem ze zmęczenia, ale jaka jest zadowolona!

Zeberki Taeniopygia gutatta są ptakami ogromnie ruchliwymi. Te to nie potrafią usiedzieć w jednym miejscu! Ranek spędzają bez przerwy machając skrzydełkami. A są tak szybkie i niewyobrażalnie sprawne, jak żaden inny ptak. Niezmiennie podziwiam ich niezwykły wręcz refleks - ciekawe, jak w naturze mogą dogonić je drapieżniki? Na otwarcie klatki reagują ogromną radością - natychmiast wylatują, wydając głosy bezsprzecznego szczęścia. I faktycznie, na początku wolnych lotów fruwają, gdzie tylko mogą.

Wolne loty to też świetna okazja do kąpieli.
Czaruś i Beza
Każdy jednak ptak musi się kiedyś zmęczyć. Nie inaczej jest z zeberkami Taeniopygia gutatta. Po wysiłku zapadają na dachach klatki w sen, leżąc przytulone do siebie.


To tylko ten gatunek wśród innych moich ptaków tak dalece jest monogamicznie związany i tak dalece okazuje sobie uczucia.

Kanarki Serinus canaria natomiast nie odznaczają się jakąś wyjątkową aktywnością. Do czego one używają lotu? Do lepszego poznania otaczającego świata! Bo odkrywanie to przecież ich drugie imię. Cieszą się, gdy znów mogą zwiedzić pokój, zobaczyć, co nowego w okolicy. Każda nowa i charakterystyczna rzecz szybko jest badana - a najchętniej ta potencjalnie nadająca się do jedzenia. To właśnie przez kanarki Serinus canaria nawet na chwilę (dosłownie!) nie mogę zostawić w pokoju żadnych kwiatów czy otwartego pudełka z karmą.

Co tam jest? W wykonaniu Ptaszyny.


Spokojnie - one długo takie zgodne nie są!

Arlekin

Osobista miejscówka Irminy.


Starałam się często wypuszczać moje ptaki. Teraz jest już z tym trochę gorzej - mój problem z hodowlą jakiś czas temu opisywałam. Zapewniam im też w miarę duże klatki - faliste Melopsittacus undulatus mieszkają w Lotni, a reszta ptaków, po parze w klatkach o długości 70 cm. Tylko dla nowej kanarzycy Serinus canaria Irminy zabrakło tam niestety miejsca. Mam nadzieję, że nie czują się źle - nie ma tak naprawdę wskazań, co ile dni dany ptak musi być wypuszczany. Wiadomo, że najlepsza byłaby woliera, ale niewiele osób ma na to warunki...


Jednak wiem jedno - to, ile radości daje ptakom możliwość lotu, chociażby nawet w klatce. To jest dla nich wszystko - sposób na poruszanie się, poczucie bezpieczeństwa, zużycie nadmiaru energii, uzyskanie zdrowia i dobrej kondycji... Moje ptaki zawsze doskonale wiedzą (po moim zachowaniu i przygotowaniach) kiedy zostaną wypuszczone, by polatać po pokoju. I szybko reagują, gdy to zauważą. Ćwierkają, nawołują się, śpiewają, podlatują do drzwiczek klatki... Po wolnych lotach, zmęczone i głodne, same wracają do swoich domków i wspólnie odpoczywają.


Dlaczego więc odbiera się ptakom nawet to i propaguje modne ostatnio przycinanie lotek, bądź trzyma się je w zbyt małych pomieszczeniach? One naprawdę nie oswoją się szybciej po czymś takim, po prostu nie będą miały jak uciec. A przecież cały organizm i psychika tych zwierząt są zbudowane w oparciu o możliwość lotu...


Z tym pytaniem dzisiaj Was zostawiam.


Pozdrawiam!

niedziela, 12 lutego 2017

Fotograficzne podsumowanie

Witajcie!

Dzisiejszym postem postaram się 
podsumować to, co się u mnie ostatnio działo w kwestii ptaków dzikich. Nie jeździłam niestety gdzieś dalej na obserwacje, za to ciągle oblatywałam teren w mojej okolicy, i mam kilka ciekawych zobaczonych gatunków oraz fotek. Dlatego teraz historię opowiadają głównie zdjęcia! Niech więc zatem nie przeraża was długość wpisu ;).


Cofnijmy się może do końca stycznia. Wtedy znów byłam w swoim ulubionym miejscu, gdzie można spotkać łuszczaki Fringillidae – pisałam o nim TUTAJ. Szkoda, że światło było słabe...
Taki tam dzwonek Chloris chloris.

Przy drodze, w roztopionym śniegu kąpały się szczygły Carduelis carduelis i trznadle Emberiza citrinella.

Potem się suszyły.

Tego dnia były wyjątkowo niepłochliwe.




Gil Pyrrhula pyrrhula wyjadał nasiona z rynny. Zdjęcia nie oddają jego koloru, to był niesamowity samiec. Wręcz purpurowy. 

Oto, co przyroda robi z człowiekiem. Niby to zwykły szczygieł Carduelis carduelis. Ale tak niewymownie cudowny, i taka uroda tej chwili, że drżącymi rękoma ledwie zrobiłam zdjęcie.

W następnym tygodniu przyszła odwilż, a ja znów wybrałam się na poszukiwanie łuszczaków Fringillidae. Ptaków jednak nie było na dawnym miejscu. Zniknęły trznadle Emberiza citrinella, reszta towarzystwa natomiast rozleciała się po okolicy. Obserwacje moje jednak były o wiele ciekawsze niż wcześniej.



Moje pierwsze jemiołuszki Bombycilla garrulus! Nawet jeśli zdjęcia nie powalają urodą (słońce zaszło) to jaka radość ze spotkania! Można sobie powiedzieć - wreszcie zaliczone, czas był najwyższy.


Takie stado. Szkoda, że tylko przelotem było, w następnych dniach nie znalazłam ich ponownie.

Mazurek Passer montanus. Jedno z mych ulubionych zdjęć. 

Gil Pyrrhula pyrrhula - zawsze fotogeniczny.



Sztukę poprawiania wizerunku do sesji zdjęciowej prezentuje kwiczoł Turdus pilaris!

Tak mi się go podejść udało! Nie bał się w ogóle.

Niby dziewczyna, a jakoś się nie stroi... Choć i tak jest śliczna, subtelniejsza od kolorowego samca.

Paszkot Turdus viscivorus i modraszka Cyanistes carelueus!
Myślałam, że na zobaczeniu w górach tego drozda Turdus się skończy... A tu niespodzianka :).

Przed tygodniem natomiast, kiedy sypnęło śniegiem, prowadziłam obserwacje tylko z podwórka. Dlaczego? Bo przybyły tutaj całe hordy zimujących ptaków! Sikory: modraszki Cyanistes carelueus, bogatki Parus major, sosnówki Periparus ater żerowały na drzewach, śpiewając i ganiając się w godowym uniesieniu. Dwa dzięcioły duże Dendropocos major chodziły po korze sosny, a niepłochliwy kowalik Sitta europaea dał się podziwiać z każdej strony. Gdzieś tam piszczały mysikróliki Regulus regulus, a może i inne gatunki? Gwar ptasich głosów był w pewnym momencie oszałamiający, nie rozpoznałam wszystkiego. 

Moje ukochane łuszczaki Fringillidae też udało się zobaczyć! Nad domami co i rusz przelatywały radosne mieszane stadka czyży Spinus spinus i dzwońców Chloris chloris. Pojawił się również jer Fringilla montifringilla, a na nawłoci żerowała czeczotka Acanthis flammea!

Bogatka Parus major.

Modraszka Cyanistes carelueus.

Sójka Garrulus glandarius.

Kowalik Sitta europaea.

Stałam pod drzewem, a ten czyż Spinus spinus śpiewał i czyścił pióra. W ogóle nie zwracał na mnie uwagi.

Czeczotka - moja ślicznotka. Acanthis flammea

A to jest mój osobisty zimujący kwiczoł Turdus pilaris. Od kilkunastu dni ciągle pożywia się w miejscu, gdzie wyrzucamy resztki warzyw i owoców. Resztę czasu spędza na pobliskich sosnach. Już prawie się oswoił! Kiedy jednak wystraszę go w trakcie posiłku, odlatuje i gniewnie kłapie dziobem. Tylko imię mu jakieś nadać.

Obserwujcie ptaki w swoim otoczeniu!

Pozdrawiam!



°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°
PS..
Chciałabym Wam też podziękować w tym miejscu za ostatnią ogromną aktywność na blogu! Na temat wcześniejszego postu udzieliłi się aż 36 osób - nie spodziewałam się takiej liczby! Cieszę się, że tu zaglądacie i mogę dzięki temu wymieniać się informacjami oraz poznawać świetnych ludzi :).

°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°






środa, 1 lutego 2017

Moje kanarki

Żeby nie było - kocham wszystkie swoje ptaki. Każdy gatunek odzacza się czymś wyjątkowym, a jego obserwacja zadziwia. Co jednak poradzę, że największym szacunkiem darzę kanarki Serinus canaria?

No dobrze, ale co to w końcu są za ptaki? Nie są tak ruchliwe jak astryldy Estrildidae, nie bawią się tak ładnie jak papugi Psittaciformes. Tylko śpiewają oraz skaczą, zamknięte w swojej klatce.

Tylko, że co one niby mają w malutkiej klateczce, i najczęściej bez partnera, robić? To straszne, że nadal w ten sposób traktuje się te piękne, bardzo towarzyskie i ciekawe świata ptaki! Niestety, wielu nadal przypina im łatkę "samotnika". A jak bardzo cierpi kanarek Serinus canaria bez drugiego osobnika, będę jeszcze pisać. 

Moja przygoda z kanarkami Serinus canaria rozpoczęła się ponad rok temu. Wtedy kupiłam swoją pierwszą parę i nie żałuję. Uwierzcie - gdy dacie tym ptakom towarzystwo i wolność, niejednym was zadziwią.

Ja też byłam zachwycona zachowaniem mojej pary. Od pierwszego dnia chciały odkrywać. Bez strachu wlatywały pod szafkę, na stolik, na biurko. Na początku pokój zwiedzały na piechotę, mi przyglądając się z zaciekawieniem. Wynajdywały sobie zabawy w różnych zakamarkach pomieszczenia. Dziś, gdy coś nowego pojawi się w ich otoczeniu, natychmiast to sprawdzają. O ich nieprzeciętnych zachowaniach mogłabym się jeszcze długo rozwodzić...


Para - Arlekin i Ptaszyna (z przodu). Wiem, że ten stolik jest kompletnie niefotogeniczny, ale z jakim zapałem go zwiedzały!

Odkrywcy - widoczna na fotce samiczka wtedy była jeszcze kompletnie niewybarwiona.

Często mam wrażenie, że moje ptaki próbują się ze mną komunikować. Ale najwyraźniej to widać u kanarków
Serinus canaria. Obserwują mnie, patrzą, co robię, przylatują do mnie. Nigdy nie  próbowałam ich oswajać. Chcę, żeby były wolne, żeby zbliżyły się do mnie same. I zrobiły to. 

Jakiś czas po kupnie pierwszych kanarków
Serinus canaria, dostałam nowego - śliczną samiczkę. Ale to był jakby zupełnie inny gatunek! Kanarzyca do dzisiaj jest dziwnie znerwicowana, człowieka się boi... Myślę, że to przynajmniej po części przez to, że dotychczas żyje sama. Gdybyście widzieli, jak tęskni...

Kanarki
Serinus canaria generalnie nie dają sobie w kaszę dmuchać. Jeśli będzie trzeba, to mogą walczyć nawet z papużkami falistymi Melopsittacus undulatus, bo też ich nie lubią. Natomiast trzymają się z zeberkami Taeniopygia gutatta. Parka jest terytorialna, moja przez jakiś czas przeganiała nową samiczkę. Dopiero później, na wolnych lotach, dały jej podejść do siebie, a samiec nawet ją karmił. Moje dwa kanarki Serinus canaria tworzące parę bez skrupułów kłócą się też między sobą. Ale mimo wszystko są ogromnie związane. 


Dwie panny.

To ta sama samica, co z poprzednich ujęć. Sporo się zmieniła. Czy to tylko kwestia wydoroślenia? A może dieta?

Ją nazwałam Irmina. Ma charakterystyczną lekką łateczkę z tyłu głowy.



Kanarczy śpiew to faktycznie coś niesamowitego. Mój samczyk czasem przez jakiś czas milczy, a niekiedy przez okres czasu śpiewa codziennie, i ciągle! Wspaniała jest możliwość słuchania tego...


Pozdrawiam!


PS. Może akurat ten post był trochę nudnawy, ale spokojnie - mam już przygotowany dłuższy i ciekawszy tekst o zachowaniach moich pierzastych - tak, że czekajcie :). Już w niedzielę prawdopodobnie szykuje się też na blogu relacja z wycieczki nad Wisłę, a na pewno - ostatnie ptasie foty z okolicy!