poniedziałek, 25 czerwca 2018

Zawsze będą śpiewać

Gdy rano niebo na wschodzie zaczyna jaśnieć promieniami słońca, do mojej świadomości pogrążonej w półśnie nie dociera jeszcze to światło. Ale dźwięk - już tak. Powoli i spokojnie brzmią ciche, słodkie tony dobiegające gdzieś zza uchylonego okna. Grane jakby na flecie, a może na dzwonkach? Nie, żaden instrument nie potrafiłby stworzyć tak przejmująco pięknej i kojącej zarazem muzyki. Chyba, że instrumentem doskonałym nazwiemy tego małego, szarego ptaka o kusym ogonie, pływającego teraz po bezkresnym oceanie powietrza. To on tak śpiewa, śpiewa wprost z nieba, śpiewa dla mnie, jego śpiewem rozbrzmiewa całe moje serce. On - czyli lerka (Lullula arborea) wzleciał dziś rano nad piaszczyste wydmy sosnowego lasu, by głosem oznajmić całemu światu, że tu właśnie znajduje jego terytorium. I że w razie wypadku będzie go bronił tak pilnie, jak pilnie wyśpiewuje swoje delikatne nuty.


Lerka (Lullula arborea).

Jak wyżej. Ptak z zoo.

Nieboskłon stał się teatrem jednego aktora. Lerka sama prezentuje swoje arie, które teraz, gdy nie ma innych ptaków mogących ją zagłuszyć, można docenić w pełni. Ale czas na jej występ się kończy. Ptaszek, jakby wiedząc o tym, powoli zlatuje z wysokości, ustępując miejsca na niebie swemu szalonemu krewniakowi - skowronkowi (Alauda arvensis).

Szalony krewniak skwapliwie wykorzystuje okazję. Zajmuje odpowiednie miejsce wśród powietrza, szybko trzepocząc skrzydłami, by przejść w „tryb zawisania”. I zaczyna koncert. Ale jak! Jego piosenka to zupełne przeciwieństwo spokojnej, lirycznej muzyki lerki. Skowronek, śpiewając, wpada wręcz w ekstazę! Najróżniejsze tony wydaje szybko, niemal bez przerwy na oddech, tworząc rozbudowaną, euforyczną pieśń. Krzyczy, gwiżdże, ćwierka, skrzeczy, trzeszczy, piszczy - w każdej minucie z jego gardziołka wylewają się najróżniejsze dźwięki, których echo dochodzi także do mnie, stojącej na ziemi i bezskutecznie próbującej wypatrzeć ptaka ukrytego w chmurach. Skowronek śpiewa dziś tak samo, jak śpiewał przed wiekami ludziom pracującym na polach, jego ojczyźnie. Prawdopodobnie wsłuchując się w jego piosenkę odczuwam to samo, co odczuwali oni, odbierając te pełne życia ptasie trele...

Chwilę potem głos skowronka ginie w tle, bo koncertować zaczynają inne ptaki. Przede wszystkim niestrudzony piecuszek (Phylloscopus trochilus). Ten gatunek występuje tutaj odkąd pamiętam. I czy słońce, czy deszcz, całymi dniami powtarza z najwyższej gałązki drzewa swoją fletową zwrotkę. Uspokaja mnie ona, jest bliska memu sercu i swojska, podobnie jak piosenka cierniówki (Sylvia communis) lub pliszki siwej (Motacilla alba). Gdy słyszę te ptaki, wiem, że jestem w domu.


Piecuszek (Phylloscopus trochilus).


Cierniówka - akrobata. (Sylvia communis)

Pliszka siwa (Motacilla alba).


Czytałam kiedyś wypowiedź, która przyrównywała śpiew kapturki (Sylvia atracapilla) do gwizdania wiejskiego chłopca. Jednak stojąc teraz przed domem i słuchając tej pokrzewki czuję, że nie mogę się z tym zgodzić. Człowiek nie potrafi tak gwizdać. Lubię myśleć, że koncert kapturki jest w swej istocie najdoskonalszą muzyczną interpretacją słowa "szczęście". I że gdyby ktoś chciał zapisać ten wyraz nutami na pięciolinii, musiałby użyć nut właśnie z kapturkowej melodii. Inaczej by się nie dało. Nie da się inaczej.

Słońce, wspinając się coraz wyżej powoduje wzrost temperatury. Jest ciepło i parnie, ale opierzeni śpiewacy nie zamilkną przecież z takiego powodu. Do koncertu przyłącza się trznadel (Emberiza citrinella) - jeden z ptaków wsi polskiej, żółty niby zboże w sierpniu i piaszczyste ścieżki pośród upraw. Wsłuchując się w jego głos zastanawiam się nad faktem, jak trudno człowiekowi opisać śpiew ptasi. Te wszystkie "ćwir, śriiii, dze - dze" którymi posługujemy się próbując to zrobić, ani w części nie oddają prawdziwego brzmienia piosenek skrzydlatych artystów. Prawda jest taka, że nigdy nie poznamy dokładnie złożoności ptasich melodii, bo części tej złożoności... Nie słyszymy. Nasze uszy po prostu tego nie potrafią. Przykład? Głos lelkowca krzykliwego (Antrostomus vociferus), dźwięk składający się z pięciu nut, nam zlewa się w zaledwie trzy nuty...


Trznadel (Emberiza citrinella).


Wsiadam na rower z zamiarem odwiedzenia starych znajomych z okolicy. Tych opierzonych, oczywiście. Nad polem uprawnym, blisko siebie siedzą dwa ptaki - pękaty potrzeszcz (Emberiza calandra)  i drobna, kolorowa pokląskwa (Saxicola rubetra) - z szaloną, białą brwią nad okiem. Potrzeszcz trzeszczy, pokląskwa coś niepozornie świergocze. Są odrębnymi gatunkami, więc nie przeszkadzają sobie i mogą dzielić między siebie jeden rewir. 


Potrzeszcz (Emberiza calandra).

Pokląskwa (Saxicola rubetra).


Znad pobliskich zakrzaczeń odzywa się właśnie ten, legendarny niemal ptak, nad którego pieśnią rozwodził się każdy poeta - słowik. Jeszcze parę tygodni temu słyszałam tu rdzawego (Luscinia megarhynchos) ale teraz na jego miejscu śpiewa, o ile dobrze oznaczyłam, szary (L. luscinia) - (transformacja, czy co?!). Tak, mamy dwa gatunki słowików - w Polsce właśnie granice zasięgu ich obu spotykają się. Czyli na wschodzie kraju występują słowiki szare, na zachodzie - rdzawe, a w centrum - oba. Kraje ościenne muszą zadowolić się jednym gatunkiem nocnego śpiewaka.

Przystaję, słucham, słów mi brakuje by tę melodię opisać. W nocy brzmiałaby pewnie jeszcze piękniej, bardziej głęboko. Teraz zadziwiająco łatwo niknie w chórze innych ptasich głosów. Z trzcin, na przykład, skrzeczy nie kto inny, jak trzciniak (Acrocephalus arundinaceus). Ludowa interpretacja jego głosów, bardzo zresztą trafna, to jest właśnie to słynne "ryba, ryba, ryba, rak, rak, rak". Nic dziwnego, że trzciniak śpiewa o wodnych zwierzętach - sam przecież jest gatunkiem nierozerwalnie związanym z wodą. Wydaje się, że jeziora bez jego melodii tracą całą swoją istotę, a ich piękno niszczeje. 

Pełna translacja pieśni trzciniaka brzmi tak (Jan Sokołowski - Ptaki Ziem Polskich t.1):

"ryba ryba ryba,
rak rak rak,
świerzbi świerzbi świerzbi,
drap drap drap
stary stary stary
kit kit kit."

Gdy po zachodzie słońca wracam do domu, z okolicznych zakrzaczeń zaczynają dobiegać niespodziewane głosy. Coś, jakby w jednym miejscu z niewiadomego powodu zgromadziły się najróżniejsze gatunki ptaków polskich i każdy z nich głośno komentował ten fakt. Przystaję na chwilę i zaczynam rozpoznawać: krzyk bogatki (Parus major), śpiew dymówki (Hirundo rustica), wabienie gąsiorka (Lanius collurio)... Czy naprawdę wszystkie one przebywają na raz w tym jednym krzewie? 


Bogatka (Parus major).

Dymówka (Hirundo rustica).

Gąsiorek (Lanius collurio).

Nie, sprawcą zamieszania jest po prostu niepozorna, szara łozówka (Acrocephalus palustris). Jako najbardziej genialny z ptasich naśladowców w Polsce, swoją wiosenną pieśń komponuje tylko i wyłącznie z głosów innych gatunków, które po mistrzowsku udaje. Godzinami potrafi wyśpiewywać swoje improwizowane arie, co i rusz wplatając w nie tony zapożyczone od jakiegoś innego ptaka. Naśladuje nie tylko nasze, polskie gatunki, ale także te afrykańskie, których ma okazję posłuchać na zimowiskach. Być może to dziwne kląskanie, które słyszę teraz, jest w oryginale wołaniem nieznanego mi egzotycznego wróblowego...


Łozówka (Acrocephalus palustris).


Po dłuższej chwili dostrzegam ciemną sylwetkę łozówki skaczącą po gałęziach. Niespodziewanie ptak siada idealnie między liśćmi, które tworzą wokół niego wyrafinowaną ramkę. W szale śpiewu zupełnie nie zwraca na mnie uwagi. Widzę, jak z każdym wydanym dźwiękiem pulsuje jego gardło, ale on wciąż i wciąż pokonuje wysiłek by wyśpiewać swe najpiękniejsze nuty. Jest ptasim artystą kończącym dzień. Po nim odzywają się tylko, gdzieś w oddali, śpiewaki (Turdus philomelos) - niewielkie drozdy nakrapiane czarnymi plamkami. Wreszcie zapada cisza, by o trzeciej nad ranem powietrze znów zapełniło się ptasimi głosami...


Śpiewak (Turdus philomelos).


Ptasi śpiew inspirował nas przez wieki. Sprawiał, że kochaliśmy miejsca, w których mogliśmy go słuchać. Dawał energię do pracy, przyjemność lub ukojenie. Był obecny w naszej tradycji i kulturze. Kojarzyliśmy go z rozpoczęciem wiosny. I zawsze, nieodmiennie podziwialiśmy.

Dopiero teraz zaczynamy odkrywać fascynujące fakty z nim związane. Wiemy już, że młode ptaki wróblowe uczą się śpiewać podobnie jak ludzkie dzieci mówić, a zatem badania nad skrzydlatymi artystami mogą wyjaśnić wiele tajemnic z przebiegu procesu nauki mowy u człowieka! Coraz częściej uważa się także, że ptaki śpiewając lub odbierając melodię wydawaną przez potencjalnego partnera są w stanie odczuwać przyjemność. To, co podejrzewaliśmy od wieków, obserwując naszych pierzastych znajomych zatraconych w swoich piosenkach, nauka stara się potwierdzić dopiero teraz. Im bardziej zagłębiamy się w tajniki ptasiej muzyki, tym silniej uświadamiamy sobie, jak wiele jeszcze jest do odkrycia...

Teraz zaczęło się lato, a wraz z nim cichną chóry ptaków. Nadal jednak jest dobra pora, by zdobyć się na refleksję słuchając śpiewającego kosa (Turdus merula). Pomyśleć, że głos tego ptaka poruszał serca ludziom wszystkich epok. Bo to małe zwierzątko potrafi robić to, czego nie umie żadne inne.


Kos (Turdus merula).


Pozdrawiam!


Muchołówka żałobna (Ficedula hypoleuca).

Zaganiacz (Hippolais icterina).

Rokitniczka (Acrocephalus schoenobaenus).

Szpak (Sturnus vulgaris).

niedziela, 17 czerwca 2018

Z wizytą w ptasim przedszkolu

Lubię w marzeniach przenosić się do utopijnej krainy, w której słońce świeci i człowiekowi, i zwierzętom. Przyroda roztacza tam swój delikatny czar, przyjaźnie obejmując liśćmi najróżniejszych roślin części krajobrazu wzniesione ludzką ręką. Biegnę - i czuję,  jak słoneczny żar odbijający się od ziemi miesza się z zapachem wody, tej prawdziwej wody z czystego jeziora.Wszystkie komórki mojego ciała odbierają wyraźnie klimat tworzący się w powietrzu za sprawą tych pozornie mało istotnych czynników. Wokół mnie krążą opalizujące klejnoty ważek, gdzieś dalej skaczą przestraszone żaby. Czemu się boją? Nie powinny. Patrzę w oczy perkozowi - a może to on patrzy w moje oczy? - i tak trwamy, przeżywamy ulotne chwile w pięknej symbiozie.

Ale ta utopia istnieje. I nazywa się jezioro Zgorzała.




Ciężko mi zacząć pisanie o tym miejscu. Boję się, że moje umiejętności literackie nie pozwolą na wierne odtworzenie słowem piękna tego podwarszawskiego kompleksu stawów. Tym bardziej, że jest to piękno ukryte przed oczyma przeciętnego człowieka. Bo żeby zobaczyć to prawdziwe, urokliwe oblicze Zgorzały, trzeba nauczyć się nie wyrabiać sobie opinii na podstawie pierwszego wrażenia. Na pierwszy rzut oka bowiem owo jezioro wygląda tylko na niepozorny zbiornik wodny, miejsce odpoczynku ludzi z miasta. Dlatego trzeba patrzeć tam na to, co naprawdę ważne. Na przyrodę. Szczególnie na ptaki.

Pełno ludzi - wędkarze, rowerzyści, biegacze, rodziny z dziećmi, które przyjechały tu na weekend w otoczeniu natury. Śmieszki (Chroicocephalus ridibundus) są na tyle łaskawe, że pozwalają im wszystkim wkraczać na teren swego królestwa. Ale krzyki tych mew, bezustannie krążących w powietrzu nad swoją wysepką na jeziorze, wyraźnie przypominają, że przekroczenie granicy ich kolonii - podejście zbyt blisko gniazd, jaj i piskląt - może być surowo ukarane. Z tym, że nikt, oprócz obrączkarzy, tego nie robi. Mewy najwyraźniej o tym wiedzą i spokojnie wysiadują ukryte wśród roślin, nie zwracając uwagi na ludzi na brzegu.

Perkozy, podnosząc wysoko głowy, dryfują po spokojnej wodzie niczym na pokazie mody. Mają co prezentować, (oczywiście wspaniałe pióra), ale mają i z kim konkurować. Są tutaj trzy gatunki - perkozy dwuczube (Podiceps cristatus), rdzawoszyje (P. grisegena) i zauszniki (P. nigricollis) - to te z niepokojąco krwiście czerwonymi oczami. Każdy z nich jest piękny na swój sposób i ciężko wybrać prawdziwego mistrza stylu. Ale można to zrobić, bo perkozy łatwo podziwiać tu z bliska - podpływają do brzegu, mając do ludzi raczej obojętny stosunek.

Oglądając takie cuda, można zapomnieć o pospolitszych, choć równie ciekawych ptakach jeziora. O trzciniakach (Acrocephalus arundinaceus), swoją charakterystyczną piosenką zapewniających muzyczne tło miejscu. O cierniówkach (Sylvia communis) które dzielnie im w tym pomagają. O krzyżówkach (Anas platyrhynchos), łabędziach niemych (Cygnus olor), łyskach (Fulica atra), kokoszkach (Gallinula chloropus)... Przy odrobinie szczęścia można także spotkać na Zgorzale dwóch kuzynów - czaple: bąka (Botaurus stellaris), który odzywał się tu w kwietniu, oraz kolorowego, wielkości gołębia bączka (Ixobrychus minutus). Ten pewnie jest tutaj lęgowy, tak jak na wielu innych, małych, warszawskich jeziorach. W okolicy stolicy wspomniany gatunek ma się całkiem dobrze.

Czyż to nie niezwykle miejsce?

Powiem szczerze, że choć uwielbiam obcować z dziką naturą i zwykle najchętniej wyjeżdżam tam, gdzie nie spotykam tak wielu ludzi, to odwiedzanie jeziora Zgorzały ma dla mnie szczególny, emocjonalny wymiar. To tutaj mogę zobaczyć z bliska, jak wygląda kolonia mew, tutaj spotkać oswojone z ludźmi perkozy. I podczas obserwacji mam spokojne serce, bo wiem, że moja obecność praktycznie w ogóle zwierzętom nie przeszkadza. To wspaniała świadomość.

Ptaki zamieszkujące jezioro nie są dla mnie po prostu "gatunkami, którym udało się przystosować do życia w bliskiej obecności człowieka" choć z pewnością można tak o nich powiedzieć. Ja uważam je za coś więcej - za prawdziwych Zwycięzców, umiejących przetrwać w zupełnie nowych, dyktowanych przez cywilizację warunkach. Dlaczego akurat "Zwycięzców"? Są dwa powody. Po pierwsze, nauczenie się życia obok ludzi wcale nie jest takie proste dla dzikich zwierząt, stąd mój uzasadniony podziw dla tych, którym się udało. Po drugie - w obliczu obecnego zanikania pierwotnych ekosystemów bogatych w najróżniejsze gatunki być może za jakiś czas na Ziemi będą egzystować wyłącznie te stworzenia, które w porę pogodziły się z rozwojem cywilizacji, tak jak ptaki jeziora Zgorzały... Wtedy będą one Zwycięzcami.

Na jeziorze Zgorzała byłam w tym roku dwa razy. W tamtym roku - jeden. I dzisiejsza wizyta była dla mnie szczególnie przyjemną - na stawach widziałam ni mniej, ni więcej, tylko ptasie przedszkole! Pełno młodych piskląt, które w przyszłości, gdy dorosną, zasilą lokalną, warszawską populację. To wspaniałe uczucie patrzeć na te maluchy, w myślach cieszyć się z sukcesu lęgowego ich rodziców. Zapraszam Was na spacer!


Na początku patrzyłam na łyski (Fulica atra). Po stawie pływał dorosły ptak otoczony żebrzącymi o jedzenie pisklakami. Co ciekawe, z krótkiej obserwacji wywnioskowałam, że karmił tylko jedno młode, a parę innych przeganiał, wręcz dziobał. Wiem, że łyski potrafią nawet topić swoje pisklęta, ale nie myślałam, ze potrafią pałać agresją także do wyrośniętych już młodych. Może ten osobnik odganiał pisklęta, bo - zwyczajnie - nie były jego? Albo w ten brutalny sposób mówił im "Koniec dokarmiania, nauczcie się żyć samodzielnie"!


Mamo daj jeść!
Faktycznie - pisklęta łyski były (tak samo jak przedstawione tu pisklęta innych gatunków) już w takim wieku, że nie potrzebowały ciągłej matczynej opieki. Część starała się sama eksplorować świat. 




Tak to wyglądało - młode łyski urzędowały w różnych miejscach, tylko czasem wszystkie podpływały do rodzica.

A na pomoście stały śmieszki (Chroicocephalus ridibundus). To ich ukochana miejscówka.



Na prawo patrz!

Na wodzie natomiast można było zauważyć młode mewy.


Ta śmieszka wykluła się w tym roku, ale (raczej) jest już w pełni lotna...

...A ta to jeszcze dzieciuch. Ale samodzielny dzieciuch.
Perkoz dwuczuby (Podiceps cristatus) miał kilka piskląt. Większość jednak pływała już sama po stawie, tylko dwójka trzymała się blisko mamusi (bądź tatusia).



Gdzie nie poszłam, wszędzie towarzyszyły mi łyski (Fulica atra).

Prośba o karmienie. Spotkała się z odzewem.


Krzyżówki (Anas platyrhynchos) też tu się lęgną (a gdzie tego nie robią). Ta mamusia miała piątkę dzieci, na fotografii zatem nie widać całej rodziny.


Niespodziewanie z trzcin wypłynęły trzy "brzydkie kaczątka" (Cygnus olor).


Szłam sobie brzegiem stawu, patrząc na to wszystko, aż tu nagle spotkała mnie niespodzianka. Udało mi się zobaczyć...

…dwa pisklęta perkoza rdzawoszyjego (Podiceps grisegena),

i ich śpiącego opiekuna :).
 Później, trochę dalej, obserwowałam parę tych perkozów ukrytą w trzcinach. Jeden z rodziców nadzorował młode, a drugi cały czas nurkował, szukając pod wodą pożywienia dla rodziny.


Obok nich przebywało to cudeńko. Chyba po prostu młoda łyska (Fulica atra).



A tu - jej jeszcze młodsza koleżanka ;).
Mewy były wszędzie. Kołowały w powietrzu, pływały po wodzie, siadały na drzewach i na pomostach.


Całe zgromadzenie. Dorosłych i młodych.
 Jedyne, czego podczas wyprawy nie udało mi się zrobić, to ładnie sfotografować kultowych dla tego miejsca zauszników (Podiceps nigricollis). Mój kochany aparat postanowił wtedy właśnie, gdy je wypatrzyłam, odmówić współpracy. Cóż - ptaki tak czy siak pływały bardzo daleko od brzegu. 

Nie do końca jestem pewna, co to, ale chyba właśnie zausznik. Nieciekawy z wyglądu, pewnie dlatego, że młody.
 Mogę jednak pokazać fotografie zauszników, które wykonałam na Zgorzale jakiś czas temu. Teraz te ptaki wodzą pisklęta po jeziorze, wtedy dopiero planowały przyszłe lęgi.

Prezentuje swe wdzięki.



PS. Zausznik to bardzo groźny perkoz. Baaardzo. Ponoć po oczach to widać. ;)

Warszawiacy! Jeśli lubicie spędzać wolne dni niedaleko stolicy, ale w otoczeniu pięknej, przyjaznej człowiekowi przyrody - Zgorzała jest naprawdę ciekawym miejscem do odwiedzenia. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji  - to spróbujcie takiej formy wypoczynku. Popatrzcie w oczy perkozom (nawet zausznikowi), posłuchajcie wrzasku śmieszek i pozachwycajcie się pisklętami łysek. Wypatrujcie bączka, bo czasami wyfruwa z trzcin i można go wtedy podziwiać w całej okazałości. Pokochacie taki relaks. Jego nie da się nie pokochać ;).

Zausznik informuje, że to już koniec postu.
Pozdrawiam!


piątek, 15 czerwca 2018

Mój wielki powrót


Nie pamiętam, kiedy pisałam ostatni post na Bloggerze. Nie pamiętam zbytnio nawet, co w nim zawarłam. Nic – czarna dziura, pustka w głowie. Ciekawe, ile zostało osób, które mnie pamiętają...

Przerwa w blogowaniu, choć tak strasznie długa, wcale nie była dla mnie radosnym wydarzeniem - wręcz przeciwnie. Dlatego cieszę się, mogąc dziś, tak jak dawniej, opublikować wpis. Myślę jednak, że nie ma sensu opisywać w nim wszystkiego, co działo się w moim życiu, gdy nie zaglądałam na bloga. Działo się po prostu zbyt wiele i niemożliwe jest streszczenie tego w jednej notce, co chyba nikogo nie dziwi. Przyjęłam więc inną strategię:

Przede wszystkim pragnę znów po przerwie powitać serdecznie wszystkich czytelników "Pasji przez obiektyw". Brakowało mi Was, serio. I choć zaglądałam czasem na te z waszych blogów, które obserwuję, to żadnego znaku po sobie nie zostawiałam. Ale od dzisiaj to się zmieni! Możecie się już przygotować na spam komentarzy ;).

Po drugie: Chcąc jakoś podsumować nawet nie cały okres mojej nieobecności na Bloggerze, a tylko ten od ostatniej zimy, postanowiłam złożyć post wyłącznie ze zdjęć. Artystycznej wartości to one nie mają (nawet nie liczcie!), ale dokumentacyjną – przynajmniej dla mnie – tak. Fotografie te będą swoistym zapisem obserwacji ptaków, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Nie wiem, czy rozwinę historie ich powstania w następnych postach. Ale jeśli ktoś będzie ciekawy jednego, konkretnego zdjęcia, mogę zrobić to w komentarzu.

Nie przedłużając…


Rzepołuchy (Linaria flavirostris) i pustułka (Falco tinnunculus).

Rzepołuchy (Linaria flavirostris) i śnieguły (Plectrophenax nivalis).

Girlandy potrzeszczy (Emberiza calandra) - ptaków było znacznie więcej niż widać na zdjęciu!

Siniaki (Columba oenas).

Toki gągołów (Bucephala clangula).

Kormoran (Phalacrocorax carbo).

Śpiący czyż (Spinus spinus).

Tutaj samczyk czyża (Spinus spinus).

Gęsi białoczelne (Anser albifrons).

Pliszka siwa (Motacilla alba).

Gęgawa (Anser anser).

Łabędź niemy (Cygnus olor).

Pelikan różowy (Pelecanus onocrotalus).

Taniec perkozów dwuczubych (Podiceps cristatus).

Zausznik (Podiceps nigricollis).

Śmieszka (Chroicocephalus ridibundus).

Rokitniczka (Acrocephalus schoenobaenus).

Batalion (Calidris pugnax).

Rycyk (Limosa limosa).

Łęczak (Tringa glareola).

Krzyżówki (Anas platyrhynchos) na drzewie ;).

Para lerek (Lullula arborea).

Śpiewak (Turdus philomelos).

Grzywacz (Columba palumbus).

Trznadel (Emberiza citrinella).

Dolina Środkowej Wisły.

Ohary (Tadorna tadorna).

Krajobraz z Doliny...

Bocian czarny (Ciconia nigra).

Mewa czarnogłowa (Larus melanocephalus).

Śpiewak (Turdus philomelos).

Dymówka (Hirundo rustica).
A w bonusie...







Do - jak najszybszego - zobaczenia!