niedziela, 17 czerwca 2018

Z wizytą w ptasim przedszkolu

Lubię w marzeniach przenosić się do utopijnej krainy, w której słońce świeci i człowiekowi, i zwierzętom. Przyroda roztacza tam swój delikatny czar, przyjaźnie obejmując liśćmi najróżniejszych roślin części krajobrazu wzniesione ludzką ręką. Biegnę - i czuję,  jak słoneczny żar odbijający się od ziemi miesza się z zapachem wody, tej prawdziwej wody z czystego jeziora.Wszystkie komórki mojego ciała odbierają wyraźnie klimat tworzący się w powietrzu za sprawą tych pozornie mało istotnych czynników. Wokół mnie krążą opalizujące klejnoty ważek, gdzieś dalej skaczą przestraszone żaby. Czemu się boją? Nie powinny. Patrzę w oczy perkozowi - a może to on patrzy w moje oczy? - i tak trwamy, przeżywamy ulotne chwile w pięknej symbiozie.

Ale ta utopia istnieje. I nazywa się jezioro Zgorzała.




Ciężko mi zacząć pisanie o tym miejscu. Boję się, że moje umiejętności literackie nie pozwolą na wierne odtworzenie słowem piękna tego podwarszawskiego kompleksu stawów. Tym bardziej, że jest to piękno ukryte przed oczyma przeciętnego człowieka. Bo żeby zobaczyć to prawdziwe, urokliwe oblicze Zgorzały, trzeba nauczyć się nie wyrabiać sobie opinii na podstawie pierwszego wrażenia. Na pierwszy rzut oka bowiem owo jezioro wygląda tylko na niepozorny zbiornik wodny, miejsce odpoczynku ludzi z miasta. Dlatego trzeba patrzeć tam na to, co naprawdę ważne. Na przyrodę. Szczególnie na ptaki.

Pełno ludzi - wędkarze, rowerzyści, biegacze, rodziny z dziećmi, które przyjechały tu na weekend w otoczeniu natury. Śmieszki (Chroicocephalus ridibundus) są na tyle łaskawe, że pozwalają im wszystkim wkraczać na teren swego królestwa. Ale krzyki tych mew, bezustannie krążących w powietrzu nad swoją wysepką na jeziorze, wyraźnie przypominają, że przekroczenie granicy ich kolonii - podejście zbyt blisko gniazd, jaj i piskląt - może być surowo ukarane. Z tym, że nikt, oprócz obrączkarzy, tego nie robi. Mewy najwyraźniej o tym wiedzą i spokojnie wysiadują ukryte wśród roślin, nie zwracając uwagi na ludzi na brzegu.

Perkozy, podnosząc wysoko głowy, dryfują po spokojnej wodzie niczym na pokazie mody. Mają co prezentować, (oczywiście wspaniałe pióra), ale mają i z kim konkurować. Są tutaj trzy gatunki - perkozy dwuczube (Podiceps cristatus), rdzawoszyje (P. grisegena) i zauszniki (P. nigricollis) - to te z niepokojąco krwiście czerwonymi oczami. Każdy z nich jest piękny na swój sposób i ciężko wybrać prawdziwego mistrza stylu. Ale można to zrobić, bo perkozy łatwo podziwiać tu z bliska - podpływają do brzegu, mając do ludzi raczej obojętny stosunek.

Oglądając takie cuda, można zapomnieć o pospolitszych, choć równie ciekawych ptakach jeziora. O trzciniakach (Acrocephalus arundinaceus), swoją charakterystyczną piosenką zapewniających muzyczne tło miejscu. O cierniówkach (Sylvia communis) które dzielnie im w tym pomagają. O krzyżówkach (Anas platyrhynchos), łabędziach niemych (Cygnus olor), łyskach (Fulica atra), kokoszkach (Gallinula chloropus)... Przy odrobinie szczęścia można także spotkać na Zgorzale dwóch kuzynów - czaple: bąka (Botaurus stellaris), który odzywał się tu w kwietniu, oraz kolorowego, wielkości gołębia bączka (Ixobrychus minutus). Ten pewnie jest tutaj lęgowy, tak jak na wielu innych, małych, warszawskich jeziorach. W okolicy stolicy wspomniany gatunek ma się całkiem dobrze.

Czyż to nie niezwykle miejsce?

Powiem szczerze, że choć uwielbiam obcować z dziką naturą i zwykle najchętniej wyjeżdżam tam, gdzie nie spotykam tak wielu ludzi, to odwiedzanie jeziora Zgorzały ma dla mnie szczególny, emocjonalny wymiar. To tutaj mogę zobaczyć z bliska, jak wygląda kolonia mew, tutaj spotkać oswojone z ludźmi perkozy. I podczas obserwacji mam spokojne serce, bo wiem, że moja obecność praktycznie w ogóle zwierzętom nie przeszkadza. To wspaniała świadomość.

Ptaki zamieszkujące jezioro nie są dla mnie po prostu "gatunkami, którym udało się przystosować do życia w bliskiej obecności człowieka" choć z pewnością można tak o nich powiedzieć. Ja uważam je za coś więcej - za prawdziwych Zwycięzców, umiejących przetrwać w zupełnie nowych, dyktowanych przez cywilizację warunkach. Dlaczego akurat "Zwycięzców"? Są dwa powody. Po pierwsze, nauczenie się życia obok ludzi wcale nie jest takie proste dla dzikich zwierząt, stąd mój uzasadniony podziw dla tych, którym się udało. Po drugie - w obliczu obecnego zanikania pierwotnych ekosystemów bogatych w najróżniejsze gatunki być może za jakiś czas na Ziemi będą egzystować wyłącznie te stworzenia, które w porę pogodziły się z rozwojem cywilizacji, tak jak ptaki jeziora Zgorzały... Wtedy będą one Zwycięzcami.

Na jeziorze Zgorzała byłam w tym roku dwa razy. W tamtym roku - jeden. I dzisiejsza wizyta była dla mnie szczególnie przyjemną - na stawach widziałam ni mniej, ni więcej, tylko ptasie przedszkole! Pełno młodych piskląt, które w przyszłości, gdy dorosną, zasilą lokalną, warszawską populację. To wspaniałe uczucie patrzeć na te maluchy, w myślach cieszyć się z sukcesu lęgowego ich rodziców. Zapraszam Was na spacer!


Na początku patrzyłam na łyski (Fulica atra). Po stawie pływał dorosły ptak otoczony żebrzącymi o jedzenie pisklakami. Co ciekawe, z krótkiej obserwacji wywnioskowałam, że karmił tylko jedno młode, a parę innych przeganiał, wręcz dziobał. Wiem, że łyski potrafią nawet topić swoje pisklęta, ale nie myślałam, ze potrafią pałać agresją także do wyrośniętych już młodych. Może ten osobnik odganiał pisklęta, bo - zwyczajnie - nie były jego? Albo w ten brutalny sposób mówił im "Koniec dokarmiania, nauczcie się żyć samodzielnie"!


Mamo daj jeść!
Faktycznie - pisklęta łyski były (tak samo jak przedstawione tu pisklęta innych gatunków) już w takim wieku, że nie potrzebowały ciągłej matczynej opieki. Część starała się sama eksplorować świat. 




Tak to wyglądało - młode łyski urzędowały w różnych miejscach, tylko czasem wszystkie podpływały do rodzica.

A na pomoście stały śmieszki (Chroicocephalus ridibundus). To ich ukochana miejscówka.



Na prawo patrz!

Na wodzie natomiast można było zauważyć młode mewy.


Ta śmieszka wykluła się w tym roku, ale (raczej) jest już w pełni lotna...

...A ta to jeszcze dzieciuch. Ale samodzielny dzieciuch.
Perkoz dwuczuby (Podiceps cristatus) miał kilka piskląt. Większość jednak pływała już sama po stawie, tylko dwójka trzymała się blisko mamusi (bądź tatusia).



Gdzie nie poszłam, wszędzie towarzyszyły mi łyski (Fulica atra).

Prośba o karmienie. Spotkała się z odzewem.


Krzyżówki (Anas platyrhynchos) też tu się lęgną (a gdzie tego nie robią). Ta mamusia miała piątkę dzieci, na fotografii zatem nie widać całej rodziny.


Niespodziewanie z trzcin wypłynęły trzy "brzydkie kaczątka" (Cygnus olor).


Szłam sobie brzegiem stawu, patrząc na to wszystko, aż tu nagle spotkała mnie niespodzianka. Udało mi się zobaczyć...

…dwa pisklęta perkoza rdzawoszyjego (Podiceps grisegena),

i ich śpiącego opiekuna :).
 Później, trochę dalej, obserwowałam parę tych perkozów ukrytą w trzcinach. Jeden z rodziców nadzorował młode, a drugi cały czas nurkował, szukając pod wodą pożywienia dla rodziny.


Obok nich przebywało to cudeńko. Chyba po prostu młoda łyska (Fulica atra).



A tu - jej jeszcze młodsza koleżanka ;).
Mewy były wszędzie. Kołowały w powietrzu, pływały po wodzie, siadały na drzewach i na pomostach.


Całe zgromadzenie. Dorosłych i młodych.
 Jedyne, czego podczas wyprawy nie udało mi się zrobić, to ładnie sfotografować kultowych dla tego miejsca zauszników (Podiceps nigricollis). Mój kochany aparat postanowił wtedy właśnie, gdy je wypatrzyłam, odmówić współpracy. Cóż - ptaki tak czy siak pływały bardzo daleko od brzegu. 

Nie do końca jestem pewna, co to, ale chyba właśnie zausznik. Nieciekawy z wyglądu, pewnie dlatego, że młody.
 Mogę jednak pokazać fotografie zauszników, które wykonałam na Zgorzale jakiś czas temu. Teraz te ptaki wodzą pisklęta po jeziorze, wtedy dopiero planowały przyszłe lęgi.

Prezentuje swe wdzięki.



PS. Zausznik to bardzo groźny perkoz. Baaardzo. Ponoć po oczach to widać. ;)

Warszawiacy! Jeśli lubicie spędzać wolne dni niedaleko stolicy, ale w otoczeniu pięknej, przyjaznej człowiekowi przyrody - Zgorzała jest naprawdę ciekawym miejscem do odwiedzenia. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji  - to spróbujcie takiej formy wypoczynku. Popatrzcie w oczy perkozom (nawet zausznikowi), posłuchajcie wrzasku śmieszek i pozachwycajcie się pisklętami łysek. Wypatrujcie bączka, bo czasami wyfruwa z trzcin i można go wtedy podziwiać w całej okazałości. Pokochacie taki relaks. Jego nie da się nie pokochać ;).

Zausznik informuje, że to już koniec postu.
Pozdrawiam!