Niekoniecznie krótko, ale na temat (kartki z pamiętnika... #3)



 Post ten powstaje spontanicznie, gdyż już od prawie dwóch miesięcy na blogu panowała cisza i postanowiłam wreszcie ją przerwać, choć na chwilę. Taką zwykłą notką , bo nie zanosi się, bym w najbliższym czasie opublikowała tutaj coś ambitniejszego. Wiecie, chroniczny brak czasu. Tak to jest, gdy wymagają od ciebie mnóstwa rzeczy do zrobienia 5 dni w tygodniu - myślę, że każdy z nas zna to uczucie. Więc robię, a skutkiem ubocznym tejże pracy jest mała aktywność w internecie. Szczególnie blogi odwiedzam rzadko, bo a) nie mam ochoty na tworzenie czegokolwiek, b) moje wolne chwile nie trwają tak długo, bym mogła czytać obszerne teksty, wymagające skupienia i uwagi - a tak właśnie wygląda większość postów, które pojawiają się w blogosferze. Mimo wszystko staram się zaglądać na strony tych Osób, które dobrze znam, nie oczekujcie jednak ode mnie częstych i cyklicznych odwiedzin, a tym bardziej komentarzy - nie mam siły.

Jako że jest to ptasi blog, czuję po tym wstępie niejako obowiązek podsumowania obserwacji ostatnio poczynionych. Niestety jednak, od mojego wyjazdu nad Jeziorsko nic szczególnie ciekawego się nie wydarzyło. Co prawda trwa jesień, a więc najlepszy czas na pierzastych migrantów, ale trzeba
 jeszcze mieć możliwości, by wykorzystać potencjał tej pory roku. Ja tymczasem jakichś ogromnych możliwości nie mam. Przechodząc do rzeczy - parę tygodni temu nad Wisłą warszawską udało mi się wypatrzyć moją pierwszą (polską) mewę żółtonogą (Larus fuscus) - tego wyjątkowo ładnego podgatunku o prawie czarnym płaszczu. W tym samym miejscu były też zimorodki (Alcedo atthis), których dwójka siedziała obok siebie na kamieniu. To niezbyt częsty widok u tych samotników, szczególnie jesienią, gdy nie tworzą już par lęgowych. Staram się także patrolować swoją okolicę. W któryś z pięknych weekendów trafiłam tu na przelatujące świergotki (Anthus spp.), duże stado czajek (Vanellus vanellus) i małe stado gęsi białoczelnych (Anser albifrons). Czajki wyprawiły mi wtedy przepiękny spektakl, całą, bardzo liczną grupą wznosząc się do lotu znad powierzchni niewielkiego stawu. Krążyły długo na tle chmur i ostro świecącego słońca, zanim straciłam je z oczu - osiągnęły już wtedy zbyt dużą wysokość, by ktokolwiek mógł je dostrzec.

 
 Nadwiślańskie zarośla... Czy jest piękniejszy krajobraz? A miejsce zaledwie kilkadziesiąt metrów od kilkupasmowej ulicy...




 Patriotyczny bielik (Haliaeetus albicilla).

Jak wyżej.

 Panna żółtonoga (Larus fuscus).


 Dwa niebieskie ogniki, których chyba nikomu przedstawiać nie trzeba.




Były też w tym miejscu myszołowy (Buteo buteo). Trzy ptaki dały mi okazję zobaczyć wyjątkowe zachowanie, które do tej pory znałam tylko z opowieści. A mianowicie - tak samo, jak inne szponiaste, myszołowy podczas lotu polegają na szybowaniu. Umożliwiają im ono kominy ciepłego, wznoszącego się powietrza, które pojawiają się w dzień po dość długim ogrzewaniu ziemi przez słońce - zwykle tak przed południem. Latem i jesienią, na rozległych polach, gdzie podczas migracji skupia się dużo pierzastych drapieżników, można zatem zobaczyć wtedy przepiękne widowisko. Do godzin przedpołudniowych, gdy nie ma jeszcze kominów, ptaki generalnie nie próbują latać - siedzą na swoich czatowniach i w ten sposób wypatrują zdobyczy. Jeśli jednak poczują, że to już czas, że można zacząć szybować, wznoszą się w górę wszystkie razem w jednej chwili, jakby na komendę, i zaczynają wspólnie krążyć na tle nieba, pokrywając je na krótką chwilę mnóstwem sylwetek. Jeśli latających razem ptaków jest dużo, wrażenie musi być naprawdę niesamowite. Ja obserwowałam tylko trzy myszołowy (w tym jednego jasnego, przepięknego), ale i tak byłam pod wrażeniem tego, jak synchronicznie zerwały się w powietrze po wcześniejszym chodzeniu po ziemi. Co ciekawe, te trzy ptaki były do siebie wrogo nastawione. Regularnie podlatywały do siebie i próbowały się przeganiać (najgorzej obrywał chyba jasny). Jeszcze w pierwszych minutach szybowania atakowały się w powietrzu, co było możliwe, bo krążyły obok siebie w jednym kominie. Potem zniknęły mi z oczu, dziwny spokój nastał...

 Biały książę. Dopiero po raz pierwszy widziałam tak jasnego myszołowa, a przecież za ptakami chodzę od paru lat.



 A tu jego pobratymiec, już o bardziej normalnym ubarwieniu.

 Zastanawia się, jak przepędzić białasa.

Ostatnio szybko robi się ciemno, a coraz częściej także podczas dnia nie uświadczysz słońca. Muszę więc w ptasim pokoju korzystać ze sztucznego światła. Traktuję tę zmianę niemal jako symboliczny moment, koniec letnio - jesiennego sezonu. U moich ptaków wszystko w miarę dobrze. Na dzień dzisiejszy stan stada przedstawia się następująco - jedna papużka falista (czeka na partnera), parka kanarków + samiczka kanarka (też czeka na partnera) i dwie parki zeberek. Z tymi ostatnimi mam akurat problem. Generalnie długa historia, ale wszystko sprowadza się do tego, że jedna z parek jest niedobrana - Oberkowi nie spodobała się towarzyszka, którą mu przypisałam, więc teraz próbuje zalecać się do partnerki drugiego samca - Czarka. Powoduje to tak ostre spory, że ptaki muszą być bezwzględnie rozdzielane, co przysparza mi tylko pracy i kłopotów. Zła jestem. Żyję nadzieją, że sytuacja jednak unormuje się w przyszłości, ostatnio zaczęło mi się nawet wydawać, że wszystko zmierza ku trochę lepszemu...

Ta nieakceptowana przez Oberka samiczka jest nabytkiem najnowszym, mieszka u mnie od paru miesięcy. Jednak chyba nigdy jeszcze nie pisałam o niej czegoś więcej na blogu (albo pisałam, ale mam sklerozę). Ma koronkę z piór na głowie (coś w stylu małego czubka) oraz białe pióro w ogonie. Bardzo cicha, zabiegająca ze wszystkich sił tylko o towarzystwo innych zeberek. Urocza. Swoją droga zastanawiam się, czy któryś ze stałych Czytelników kojarzy moje ptaki po imionach. Jeśli nie, to nie będziecie widzieć żadnego logicznego powiązania między historiami z ich życia, które opisuję na blogu. Postaram się w wolnym czasie dodać zakładkę ze zdjęciami i opisami wszystkich pierzaków, taką "ściągę", albo też źródło informacji, gdyby ktoś chciał o nich więcej poczytać.

 O tej pannie mowa. Lubi siedzieć na sepii i ją dziobać, tak po prostu.

 Arlekin.

 Od lewej - Ptaszyna, Irminka oraz Arlekin. Zajadają się gwiazdnicą z koprem.

 Tu widać wszystkie ptaki.

Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę z mojej niesamowicie wybiórczej pamięci. Kiedy znajomi lub rodzina wspominają przy mnie jakieś wspólne wyjazdy, różne wydarzenia, nieraz zaczynam się czuć niepewnie - bo zdarza się, że nie przypominam sobie tych sytuacji, które pamiętać powinnam. Mam też żywe wspomnienia - ale one dotyczą głównie ptaków. Sama ostatnio byłam zdziwiona, gdy zauważyłam, z jaką dokładnością potrafię przywołać w pamięci spotkanie z konkretnym osobnikiem i emocje, jakie wtedy czułam. Ciężko mi tylko uporządkować wspomnienia w ramy czasowe - nie jestem pewna, czy tę czeczotkę, którą obserwowałam żerującą na nawłoci, widziałam rok, czy dwa lata temu? 

Ptaki zawsze się w moim życiu przewijały i przewijają nadal. Mam dzięki nim wiele wspomnień, wiele zdjęć, wiele napisanych kiedyś tekstów. Podróżując - czy to pieszo, czy samochodem - rozglądam się, licząc w pamięci pojawiające się gatunki. Dziś na przykład zauważyłam, że trznadle (Emberiza citrinella), łuszczaki (Fringillidae spp.) i kwiczoły (Turdus pilaris) znów przyleciały do tego opuszczonego ogrodu, pełnego traw i krzewów pokrytych owocami. Będą tu spędzać zimę - tak jak każdego roku... Czas powoli zatacza koło. 

Dobre, piękne ptaki. Swojej pasji do nich zawdzięczam naprawdę wiele więcej niż sama podejrzewam i więcej niż kiedykolwiek udałoby mi się opisać na blogu. Bo nie da się oddać w słowach tych emocji... Czasami myślę, że gdybym mogła poświęcić ptakom zawód, to mogłabym prowadzić idealne wręcz, a przynajmniej spokojne życie, bez większych stresów. A przecież to ważne. Tymczasem znów uciekam, obowiązki czekają.

Pozdrawiam!


 Kormorany... (Phalacrocorax carbo).

 Wisła.


Gil (Pyrrhula pyrrhula) z dzisiaj.

Komentarze

  1. Sama ostatnio mam ciszę blogową, znów więcej czytam niż piszę, ale dlatego, że nie bardzo mam o czym... Dlatego doskonale Cię rozumiem :)
    Piękne zdjęcia :D Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki Tobie odbyłam prawdziwą, przyrodniczą ucztę! Piękna relacja i te fotografie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Woow cudne zdjęcia. Wspaniały blog przyrodniczy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo przyjemny wpis! Dziękuję za umilenie mi chorobowego czasu. Najwidoczniej to już domena ptasiarzy - zapamiętywanie konkretnych spotkań z ptakami, zwłaszcza jeśli towarzyszą temu większe emocje, konkretni ludzie :) Chociaz przyznam że mnie się czasem pamięć zaciera i nie pamiętam dokładnie czy widziałam dany gatunek czy nie (och ta starość ;p). Powodzenia z nadganianiem spraw codziennych!

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie przejmuj się, bo blog to nie praca. Ma sprawiać przyjemność i tyle. Sam ograniczyłem się do jednego postu tygodniowo, a kiedyś potrafiłem dać i trzy. Fajna ta Twoja Wisła, a już na pewno bardziej ptasia, niż obecnie Warmia:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękną wycieczkę nam zafundowałaś. Tyle ptasich wspaniałości, których nie widziałam. Dziękuję i serdecznie pozdrawiam:):):)

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękne zdjęcia... Trafiłam na tego bloga zupełnie przypadkiem i wywarł na mnie wrażenie. :) Na pewno będę tu zaglądać. A tak ogółem też jestem miłośniczką ptaków, głównie papug (mam 3 papużki faliste). Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  8. Blog nie powinien być jakimś przymusem i obowiązkiem i powinno się pisać właśnie spontanicznie - więc wszystko jest OK :)
    A ptaków na tej Wiśle masz multum! Chciałabym oglądać czatujące zimorodki i bieliki, a widziałam tylko śmigające lub szybujące. Miałaś piękne obserwacje :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Witaj
    Cieszę się, że lubisz zaglądać na moje zielone szumiące stronki. Pamiętaj, zawsze możesz tu dostać ciepłe słowo. Ja także lubię wpadać z wizytą do Ciebie. Dzisiaj dziękuję za to, że zdjęciami rozświetliłaś te szar dni. Listopad na szczęście zbliża się powoli do końca.

    "Pytasz mnie, jak się czuję. Tak, jak czuć się może
    Człowiek dość pełnoletni w końcu listopada,
    Gdy w niebie zmierzch pochmurny i błoto na dworze,
    A za oknem bez przerwy deszcz ze śniegiem pada"
    Zbliża się adwent, okres z coraz najkrótszymi dniami. Jednak ja lubię ten czas pełen nadziei, oczekiwania, migających światełek, uśmiechów dzieci marzących o prezentach.
    Mam nadzieję, że podobnie jak ja lubisz ten przedświąteczny, adwentowy czas. W tym roku będzie on dla mnie szczególny
    Życzę Ci aby był on dla Ciebie jak najcieplejszy i radośniejszy
    Pozdrawiam końcówką listopada

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Daj o sobie znać! Twoje komentarze - zawsze na nie odpowiadam - bądź zaznaczenie aktywności na moim blogu w inny sposób zawsze będą mile widziane. Staram się odwiedzić wszystkich moich czytelników, a na większości ich blogów pozostaję na dłużej. Nie lubię jednak reklam na siłę - komentuj, jeśli faktycznie podoba Ci się to, co piszę.

Miłego dnia!