niedziela, 22 stycznia 2017

A nad Pęcicami to tylko myszołowy...

 Zima, wreszcie od paru lat w miarę śnieżna i mroźna przygnała do Polski ciekawe gatunki. W okolicach Warszawy mnożą się doniesienia o poświerkach Calcarius lapponicus, śniegułach Plectrophoenax nivalis, górniczkach Eremophila alpestris...

Skoro zatem okazało się, że w niedzielę 22 stycznia STOP organizuje wycieczkę do Pęcic, nie mogłam się jej doczekać. To byłaby szansa na wspaniałe obserwacje!

...Byłaby. Gdybyśmy pojechali tam tydzień albo chociaż trochę wcześniej, mielibyśmy okazję zobaczyć śnieguły Plectrophoenax nivalis, błotniaka zbożowego Circus cyaneus, sokoła wędrownego Falco peregrinus i dwa samotniki Tringa ochropus! A tak klapa, brak wyczekiwanych rzadkości (i przy okazji także rzepołuchów Linaria flavirostris, które chciałam sobie zaliczyć). Tym oto sposobem, kolejny raz, w tym roku prawdopodobnie nie dopiszę już sobie do listy wymarzonych gatunków. No klapa. I myszołowy Buteo sp.

Myszołowów Buteo było conajmniej pięć, i były włochate Buteo lagopus. W końcu inaczej bym o nich nie pisała. Prezentowały się pięknie, latając nad zachwyconą publicznością. Ponoć taka liczba w Pęcicach to bardzo dużo... Dla mnie stały się życiówką.

Wietrzymy pachy!

Przez lunetę było go widać trzy razy bliżej. 


To jest piękny ptak. Niech się myszołowy (zwyczajne) Buteo buteo schowają!

No dobrze, ale już może po kolei. 

Na samym początku wycieczki dane mi było wypatrzeć pełzacze ogrodowe Certhia brachydactyla, które także widziałam pierwszy raz w życiu. Żywo śpiewały, podobnie zresztą jak i bogatki Parus major. Z lasu wyleciał dzięcioł czarny Dryocopus martius - wreszcie udało mi się rozpoznać jego głos! Za chwilę obserwowaliśmy też dzięcioła zielonego Picus viridis. Wśród pól skrywały się bażanty Phasianus colchicus. Wśród wszechobecnych kwiczołów Turdus pilaris siedział jeden grubodziób Coccothraustes coccothraustes. Polowała pustułka Falco tinnunculus, pokazała się samica krogulca Accipiter nisus

Spotkaliśmy też ogromnie niepłochliwego srokosza Lanius excubitor, a przecież normalnie uciekają one od ludzi! Ten osobnik natomiast sam do nas przyleciał, wręcz na wyciągnięcie ręki. Ponoć prawdopodobnie był głodny i miał nadzieję, że wypłoszymy jakieś gryzonie...



Następnie patrolowaliśmy ściernisko, w nadziei na jakieś wróblowe. Wypatrzyliśmy makolągwy Linaria cannabina, trznadle Emberiza citrinella, potrzeszcze Emberiza calandra, potrzosy Emberiza schoeniclus, dzwońce Chloris chloris, stado stu szczygłów Carduelis carduelis... Jednak wybitnie ciekawych gatunków ani widu, ani słychu. 

Później ptaki już się powtarzały. Spokojnie przebyliśmy drogę powrotną, przy okazji obserwując w kanale odprowadzającym wodę łabędzia niemego Cygnus olor, krzyżówki Anas platyrchynchos, a oprócz tego czaple siwe Ardea cinerea i śmieszki Choichrocephalus ridibundus

Przy kościele w Pęcicach odzywał też się dzięcioł białoszyi Dendrocopus syriacus, cóż z tego, skoro nie udało mi się go wykryć... Dwaj uczestnicy wycieczki widzieli też przez chwilę coś podobnego do błotniaka zbożowego Circus cyaneus, ale nie udało się drugi raz znaleźć ptaka...



A tak wygląda droga w Innym Świecie. W Pęcicach, koło Warszawy, między domami, ale w Innym Świecie. Świecie myszołowów Buteo, srokoszy Lanius excubitor, kląskawek Saxicola rubicola...

Pozdrawiam!

wtorek, 17 stycznia 2017

Nie zawsze jest łatwo, ale zawsze trzeba do przodu...

Trochę to tak głupio żalić się w internecie, nie sądzicie? Obcym ludziom, których się nie zna i prawdopodobnie nigdy nie spotka. Ale to chyba ma jednak jakiś sens, bo czasem trzeba z siebie coś wyrzucić, aby lżej się na duszy zrobiło.


Może i nie mam wielkich problemów. Ale ten rok zaczął się dla mnie koszmarnie. Koszmarnie! Od pierwszego stycznia siedziałam w domu na antybiotykach, tylko teraz na szczęście znów zaczęłam się ruszać. W międzyczasie na dodatek padła mi ukochana zeberka Taeniopygia gutatta... Zachorowała parka, ale tylko samczykowi udało się wyzdrowieć... Samiczce nie mogłam pomóc... Łzy mi stają w oczach, jak tylko o tym pomyślę...


Co najgorsze, wisi nade mną obawa, że będę musiała zlikwidować całą swoją hodowlę ptaków. Mogę mieć alergię... Zupełnie sobie tego nie wyobrażam, to jak oddać komuś istoty, które jako skarb traktowało się przez lata. Nie wiem, czy bym to przeżyła...

Może to dlatego postanowiłam wrócić tu z wpisami o moich domowych ptakach. Przynajmniej pozostawię pamięć.

Ale żeby nie kończyć tak smutnawo - chciałam zaprezentować kilka fotek ptaków, których jeszcze nie publikowałam. Trochę z podwórka, trochę z najbliższej okolicy, trochę z łuszczakowań...

Na początek mazurki Passer montanus.



Gdzieś w zaczarowanym świecie...


Młody, tegoroczny samiec kosa Turdus merula na zoomie 63x. Ach, ta ostrość, wszystkie szczególiki widać :).

Leży sobie.


Taka niby sosnówka Periparus ater... Wstawiam to zdjęcie chyba ze smutku, bo chciałam mieć fajną fotkę tego ptaszka, ale nie do końca wyszło...

No i po co się odwracasz, gilu Pyrrhula pyrrhula!

Tak lepiej!

Złotokos Cossypha sp.... No nie, to kwiczoł Turdus pilaris.

Wielka i potężna.

Kolejny kwiczołek Turdus pilaris.

Zapatrzona w dal...

Tajemnicza sroka Pica pica.

Drzewo całe w łuszczakach Fringillidae!

I na koniec - dzwoniec Chloris chloris.


Pozdrawiam!